środa, 25 marca 2020

Zwiastun "Chain of Gold"


Oto zwiastun "Chain of Gold"! Jak dla mnie taki za bardzo.... sztuczny? Jakoś tak nie bardzo mi sie spodobał. Sam sposób mówienia mi nie podpadł, no ale wiadomo, że zwiastuny książek nie są najlepsze. 

Na razie cisza jeżeli chodzi o polskie tłumaczenie. 

niedziela, 22 marca 2020

Flash Fiction #9 - przyjęcie rocznicowe cz. 1

"Francja, 1899

     Cordelia nie przepadała za bardzo za Mentoną. W teorii powinna. Mentona była ślicznym, nadmorskim miasteczkiem, zbieraniną różowych i żółtych budynków wzdłuż małego portu, głównie ześlizgów dla żaglówek i łodzi rybackich. Powietrze było ciepłe i śródziemnomorskie, ryby bez porównania świeże, potrafiła dostrzec Włochy z okna swojej sypialni po drugiej stronie portu. Czego można było nie lubić?
      Przybyli ze względu na zdrowie jej ojca - przecież tylko w tym celu podróżowali - a Cordelia potrafiła zrozumieć, dlaczego Mentona miała reputację uzdrawiającego celu podróży dla chorych i starych. W rzeczy samej, zdrowie jej taty poprawiło się od czasu ich przyjazdu kilka tygodni wcześniej i był w okresie posiadania dobrego nastroju, tańcząc z nią chętnie w salonie, od czasu do czasu był nawet w stanie wydobyć z Alastaira uśmiech. Alastair wszedł w czas wzburzonego okresu dojrzewania, jak podsłuchała Cordelia słowa jej mamy skierowane do taty. Cordelia miała nadzieję, że gdy będzie w wieku Alastaira, będzie w stanie zachować swoje opanowanie lepiej niż on.
     Uroki Mentony szybko zbladły. Jej popularność wśród chorych i starszych znaczyła, że populacja miasteczka składała się z osób należących do obu z tych grup i, mimo że Cordelia życzyła im jak najlepiej, nie byli najlepszymi towarzyszami do rozmowy, a nawet dorośli nie byli zainteresowani rozmową z dziewczyną, dla której francuski był trzecim językiem i nie władała nim bardzo dobrze. Okazało się, że plaża nie była stworzona z piasku a z dużych owalnych kamyków - Cordelia nigdy nie słyszała o czymś takim, plaża zbudowana z kamieni, bardzo nieprzyjemna dla gołych stóp, niewygodna do leżenia na niej, nie dawała także możliwości budowania zamków, czy kopania okopów.
     Najgorszym ze wszystkich było to, że jej rodzice kontynuowali bycie najbardziej aspołecznymi jak tylko się da, nawet nie próbując skontaktować się z lokalnymi grupami Nocnych Łowców (najbliższy Instytut znajdował się w Marsylii). Tak więc Cordelia była samotna. Czasami samotna z Alastairem, ale on głównie ją ignorował, a i tak po tygodniu mieli dość swojego towarzystwa.
     Jedynym źródłem ulgi była świadomość, że to także przeminie - rodzina Carstairs ciągle podróżowała, obsesyjnie, przez wzgląd na zdrowie jej ojca. Cordelia nigdy nie potrafiła zrozumieć logiki jaka za tym stała, poza tym, że zgadzała się, że warto było zrobić wszystko, jeżeli miało to poprawić stan ojca. W tym przypadku, była to lekka ulga. Wiedziała, że nie zostaną w Mentonie na dłużej niż kilka miesięcy.
      Właśnie dlatego, zdawało jej się, że czuła się tak samotna. Jej rodzina nie zatrzymywała się nigdzie wystarczająco długo, by mogła poznać w swoim wieku, a co dopiero zaprzyjaźnić się. Jej jedynymi prawdziwymi przyjaciółmi na świecie byli Lucie i James Herondale i tylko dlatego, ponieważ, Cordelia wiedziała, Will i Tessa Herondale zawsze robili wszystko, co mogli, by ich dzieci widywały młodych Carstairsów. Mimo to widywali się rzadko, ponieważ Herondale'owie kierowali Instytutem w Londynie, przez co spędzali większość czasu w Londynie i okazjonalnie w Idrisie, podczas gdy rodzina Cordelii była na całej mapie świata.
       A jednak znowu, Herondale'owie przybyli na ratunek, tym razem w formie listu, który przeczytał na głos jej tata podczas śniadania.
- "Dzień dobry, Eliasie i Sono" zastanawiam się skąd mógł wiedzieć o jakiej porze będziemy czytać, ten człowiek jest szalony jak kapelusznik...
- A jednak czytamy go o tej porze - powiedziała Cordelia. Jej tata posłał jej pobłażliwy uśmiech i kontynuował
- "Mamy w Londynie capital day i mam nadzieję, że za sześć tygodni w Paryżu także będzie capital day (przeprasza, nie miałam pojęcia jak to przetłumaczyć), kiedy Tessa i ja będziemy obchodzić naszą dziewiętnastą rocznicę ślubu. Jako, że w żadnej znanej kulturze nie świętuje się specjalnie dziewiętnastej rocznicy, postanowiliśmy urządzić olbrzymie przyjęcie."
- Bal! - wykrzyknęła Cordelia, ale po chwili pojawiła się w niej obawa. Czy jej rodzice wzięliby udział w czymś takim? Jej tata wpatrywał się ze zmarszczonymi brwiami w list, ale może próbował po prostu przeczytać słowa bez swoim okularów.
- To nie jest bal - powiedział Alastair, który zatrzymał się w połowie schodów, żeby posłuchać.
- "bal, jeżeli tak wolicie" - kontynuował jej tata. - Bardzo dobrze, Cordelio.
      Cordelia wystawiła bratu język.
- "Bylibyśmy bardzo szczęśliwi, gdybyście wy i wasze kochane dzieci dołączyli do nas.... gdybyście byli tak mili odpowiedzieć... i tak dalej, i tak dalej..." - jej tata przeskanował wzrokiem list. - Jest data i adres i to wszystko.
- Zaczęło się silnie, a skończyło na rozczarowaniu - powiedział Alastair.
- Możemy pójść? - zapytała Cordelia gwałtownie. - Możemy pójść? Tak  bardzo chciałabym zobaczyć Lucie i Jamesa. I może poznałabym kogoś z osób, o których pisze Lucie w swoich listach!
- Chciałbym poznać kogoś, kto nie jest wami - powiedział Alastair łagodnie. - Bez urazy.
- Alastair! - skarciła go Sona, ale Cordelia nie miała zamiaru pozwolić Alastairowi ją rozproszyć. Podwoiła swoje wysiłki w stronę taty.
- Papa, możemy iść, proszę? Tak wyzdrowiałeś, na pewno kilkudniowa podróż byłaby możliwa. Nie chcesz, żeby społeczność Nocnych Łowców zobaczyła jak dobrze się czujesz?
- Hm... - powiedział jej tata. Spojrzał na jej mamę, która odwzajemniła spojrzenie. Podzielili się ze sobą kilkoma niezrozumiałymi spojrzeniami.
- Jeżeli sądzisz, że to dobry pomysł - powiedziała Sona do Eliasa. Tata Cordelii posłał swojej córce długie spojrzenie. Cordelia próbowała pochwycić spojrzenie Alastaira, ale odwrócił się i patrzył z obrzydzeniem w dal, co było typowym u niego spojrzeniem ostatnimi czasy.
- Sądzę, że możemy pozwolić sobie na wycieczkę pociągiem i kilka dni w Paryżu - zgodził się tata. - Uwielbiam Paryż.
      Cordelia zarzuciła ramiona na jego ramiona.
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję.

***

      Cordelia spędziła następne kilka tygodni w stanie ciągłego strachu. Nie śmiała przypomnieć rodzicom o nadchodzącej podróży, w razie gdyby stwierdzili, że jednak rezygnują i nie jadą. Takie sytuacje zdarzały się już w przeszłości, ale nigdy wcześniej w przypadku wydarzenia, do którego Cordelia miała duży wkład.
      Ale kiedy do wydarzenia brakowało kilka dni, jej tata przyniósł podczas śniadania rozkład jazdy pociągu Calais - Mediterrannee Express. Bilety zostały kupione, walizki spakowane, a mimo to Cordelia ledwo potrafiła w to wszystko uwierzyć, gdy znalazła się wieczorem przed przyjęciem, jadącą na Gare du Nord w eleganckim niebieskim wagonie, ściskając dłonie na kolanach w niecierpliwym oczekiwaniu: Paryż, w końcu była w Paryżu! Zobaczy swoją przyszłą parabatai i jej brata oraz śmietankę społeczności Nocnych Łowców i zrobi to wszystko w Paryżu.
     Następnego dnia odnalazła się wpatrującą w długie lustro w ich pokojach w Hôtel Continental na Rue de Rivioli, zastanawiającą się, czy była tą samą dziewczyną, która okropnie cierpiała jeszcze kilka dni wcześniej. Jej mama pomogła jej wybrać sukienkę, pierzastą cytrynową kreację koronki i jedwabiu. Nie była do końca pewna czy jej pasowała, ale była bardzo elegancka.
      Nawet Alastair spojrzał na nią z pewnym podziwem, gdy przyszedł po rękawiczki.
- Wyglądasz zaskakująco dojrzale - powiedział. Cordelia pomyślała, że dla Alastaira jest to prawdopodobnie odpowiednik pełnego omdlenia. Najwidoczniej on też dążył do osiągnięcia "dojrzałości", po założeniu brązowego szerokiego płaszcza z zapiętym tylko jednym guzikiem, pozwalając sobie także na nałożenie pomady na swoje czarne włosy, co, Cordelia musiała przyznać, sprawiało, że włosy lśniły zniewalająco.
- Wyglądasz jakbyś chciał komuś zaimponować na przyjęciu - droczyła się z nim Cordelia. - Komuś szczególnemu?
- Każdemu - Alastair pociągnął nosem. - Każdemu kto jest kimś.
      Cordelia przewróciła oczami.
      Jej tata był w bardzo dobrym humorze, gdy wsiedli do powozu krótko później, żartując i śmiejąc się. Jej mama była cicho, obserwując swojego męża z uśmiechem i zamyśloną miną i tacy byli przez całą podróż do paryskiego instytutu.

***
 
      Ćwiczyła swój francuski, a kiedy imponująca postać Madame Bellefleur przywitała ich na progu Instytutu z wielkim entuzjazmem i pytaniami, zrozumiała je: powitanie, jak minęła ich podróż, czyż nie jest okropnie chłodno tej nocy. Zaczęła myśleć nad odpowiedzią i odkryła, że jej umiejętność mówienia po francusku opuściła jej mózgu w tej samej chwili.
      Francuski jej taty był płynny i biegły, a Cordelia poczuła napływ dumy, gdy powiedział:
- Madame Bellefleur, kochana! Wyglądasz jeszcze piękniej niż dotychczas, Odile. Ale cóż w ciebie wstąpiło, że pracujesz przy otwieraniu drzwi?
     Madame Bellefleur zaśmiała się, ciepłym śmiechem, który sprawił, że Cordelia natychmiastowo ją polubiła.
- Odesłałam pokojówkę, by się zabawiła. Lubię otwierać drzwi, Eliasie - może i jest to przyjęcie Herondale'ów, ale to mój Instytut.
     Wewnątrz, Cordelia odeszła od swoich rodziców tak szybko jak to było możliwe i poszła poszukać swoich przyjaciół. Po pięciu minutach była beznadziejnie zgubiona. W przeciwieństwie do innych Instytutów, w których była, ten rozkładał się jako labirynt połączonych salonów. Każdy wyglądał tak jak poprzedni i był wypełniony dorosłymi, których w ogóle nie znała Cordelia, a do tego większość z nich mówiła szybko po francusku. Nie zauważyła żadnego Herondale'a a brzęczenie i gwar gości sprawiał, że czuła się coraz mniej jak światowiec na balu, a coraz bardziej jak dziewczynka, która zgubiła swoją mamę na targu.
      Znikąd pojawił się wir spódnic, który szczęśliwie okazał się być Lucie Herondale, rzucającą się w objęcia Cordelii z ogromną siłą, ściskając ją z zachwytem.
- Cordelia, Cordelia, chodź, Christopher nauczy nas jak połykać ogień!
- Przepraszam? - powiedziała grzecznie Cordelia, ale Lucie już ją ciągnęła w stronę drzwi prowadzących do kolejnego salonu. - Kim jest Christopher?
- Christopher Lightwood, oczywiście. Mój kuzyn. Powiedział, że widział mężczyznę połykającego ogień  w Convent Garden i że rozpracował jak to się robi. Jest bardzo naukowy, Christopher. - Lucie została szybko zatrzymana, a Cordelia spojrzała w górę, by dostrzec wysoką, szczupłą, starszą dziewczynę z ciemnymi włosami związanymi w warkocze na czubku głowy i uderzającym wyglądzie. Miała na sobie koronkową niebieską suknię, ale nosiła ją bez entuzjazmu. Uniosła brwi i spojrzała na Lucie. - A to jego siostra, Anna - powiedziała Lucie, jakby planowała te spotkanie.
- Christopher nie będzie jadł żadnego ognia dzisiejszej nocy - powiedziała Anna - ani w rzeczy samej niczego co nie jest kanapką.
     Lucie powiedziała:
- Anno, to jest Cordelia Carstiars: zostanie moją parabatai. - Cordelia poczuła napływ ciepłych uczuć wobec swojej przyjaciółki - czuła się tak samotna przez większość czasu, ale tak naprawdę wcale nie była. Będzie miała parabatai i ani ona, ani Lucie nie będzie już nigdy więcej całkowicie samotna. W każdym razie tak jej się wydawało, że będzie czuć.
     Anna jednak, tylko ledwo uniosła brew.
- Nie jeżeli Christopher spali Instytut, nie zostanie. - Przeniosła swoje przeszywające spojrzenie na Cordelię. - Carstairs? - zapytała z zainteresowaniem. - Jaki Carstiars?
      Cordelia wiedziała o co chodziło. Posłała Annie uśmiech.
- Jem Carstairs jest moim kuzynem. Znam go bardzo słabo, niestety. - Jem, który był parabatai taty Lucie miał długą i tragiczną historię, która zakończyła się zostaniem przez niego Cichym Bratem. Teraz był Bratem Zachariaszem.
      Czy mógłby tutaj być? Dziwnym było wyobrażenie sobie pośród świecącej, śmiejącej rozmowy, stukania kieliszków, ubranej w szaty cichej figury. Ale dlaczego nie byłby tutaj. Lucie mówiła o nim bez przerwy. Cordelia poczuła dreszcz nerwów na myśl o ponownym jego spotkaniu - zapał, ale również zmartwienie.
- Każdy Carstairs jest mile widziany. - Anna uśmiechnęła się beztrosko. - I oczywiście każdy parabatai Lucie jest zasadniczo członkiem rodziny. Skoro o tym mowa. - Obróciła się z powrotem do Lucie. - Nie namawiaj Christophera, Lucie. Wiesz jaki jest.
- To nie był mój pomysł! - zaprotestowała Lucie. - To Matthew go do tego namówił. Wiesz jaki on jest.
- Ja nie wiem -powiedziała Cordelia łagodnie.
      Lucie spojrzała na nią z przerażaniem.
- Och, kochana, jakim okropnym gospodarzem jestem? Tutaj jest moja najlepsza przyjaciółka na świecie, a ja nawet nie przedstawiłam cię wszystkim! Anno, musimy iść. - Sięgnęła znowu po rękę Cordelii.
- Bardzo miło było cię poznać - powiedziała Cordelia do Anny.
      Anna uniosła kieliszek w stronę Cordelii z delikatnym uśmiechem.
- Wzajemnie.
- Dobrze - opowiadała Lucie, ciągnąc Cordelię do kolejnego salonu. - Matthew to Matthew Fairchild, jest synem Konsul, ale nie martw się, jest w porządku i nie jest w ogóle zarozumiały, a zresztą ciocia Charlotte i wujek Henry prowadzili Instytut londyński, gdy mój papa był młody - mieszkał tam, wiesz - a oni są właśnie tam, witaj ciociu Charlotte! - Lucie pomachała szalenie ręką.
      Cordelia spojrzała i szybko zauważyła Charlotte Fairchild - nawet ktoś tak nie żyjący w społeczeństwie jak ona rozpoznał Konsul - która była w trakcie mówienia czegoś bardzo poważnego do grupy wyglądającej na równie poważnych ludzi, i nie zobaczyła machania Lucie. To było zabawne: Charlotte była malutka jak ptak, mężczyźni wokół niej górowali nad nią, a jednak miała taki sposób bycia, że mimo wszystko dominowała pokój. Była to godna podziwu prezencja, myślała Cordelia.
      Obok Charlotte był rudowłosy mężczyzna na krześle, który zobaczył machanie Lucie i odmachał szalenie z uśmiechem. Henry Faichild. Był za daleko, żeby porozmawiać, ale Lucie wskazała na Cordelię i uniosła brwi. Henry podniósł ręce wykrzyknął z radością, a Cordelia także pomachała, mniej szalenie od innych.
- Czy Matthew jest z nimi? - zapytała Cordelia. - Ten dosyć wysoki chłopak z włosami swojego taty?
      Lucie prychnęła.
- Oj nie! Matthew byłby bardzo urażony. To jego starszy brat Charles. On jest, cóż...
- Jaki? - zapytała Cordelia.
- Dosyć nudny. - Lucie była na tyle dobrze wychowana by wyglądać na zawstydzoną swoim wyznaniem - Jest bardzo zainteresowany polityką i sprawami Nocnych Łowców, ale traktuje nas wszystkich jak dzieci.
- Jesteśmy dziećmi.
- Tak, ale on też! - powiedziała Lucie niecierpliwie. - Ale nie dowiedziałabyś się tego z jego zachowania. - Westchnęła. - Mimo wszystko, jest nawet w porządku. Kolejny salon!
    Z szybkością błyskawicy, Lucie poprowadziła ją do reszty osób, które Lucie uważała za ważne, by Cordelia poznała. Jej ciocia Cecily i wujek Gabriel - Gabriel jak się okazało był wśród grupy otaczającej Charlotte - którzy byli rodzicami Anny i Christophera. Jej ciocia Sophie, która pracowała kiedyś w Instytucie jako Przyziemna, przeszła Wstąpienie i poślubiła brata Gabriela - Gideona.
      Gideon, Lucie wyjaśniła, nie był obecny, ponieważ Thomas - och jaka szkoda, że Cordelia nie miała okazji poznać Thomasa, który nigdy nie pozwoliłby Christopherowi podejść do ognia, by go połknąć - ale wracając, Thomas złamał nogę i Gideon został z nim w domu.
- Są także starsze dziewczęta - powiedziała posępnie Lucie. - Barbara i Eugenia. Ale nie są podobne do nas. Nawet ich tutaj nie ma; miały dzisiaj wieczorem, co innego do zrobienia. Możesz to sobie wyobrazić?
      Cordelia nie była pewna, czy miała potrafić to sobie wyobrazić, czy nie, nie poznawszy wcześniej żadnej z tych dziewcząt, więc tylko pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Lucie! - Kobieta z masą kręconych rudych włosów szła szybko w ich kierunku. - Potrzebuję kogoś do pomocy, by wyciągnąć srebrną zastawę. Gratulacje, dziewczyno, zostałaś zatrudniona.
- Bridget - zaprotestowała Lucie. - Bridget była moją nianią, kiedy byłam na tyle mała by mieć nianię - wytłumaczyła Cordelii.
- A teraz dalej trwa twoje odpłacanie się za moją dobroć - powiedziała ostro Bridget. - poprzez wyciąganie srebra. Chodź.
- Mogę pomóc - powiedziała Cordelia.
     Bridget wyglądała na urażoną.
- Nie pozwolę, by gość pracował podczas przyjęcia. Ta tutaj gospodaruje. - Pociągnęła Lucie, która posłała Cordelii błagalne spojrzenie pełne przeprosin, kiedy zniknęła w tłumie.
     To sprawiło, że Cordelia wróciła do kręcenia się trochę bez celu. Może, pomyślała, wróci i porozmawia z Anną, która była taka miła. Może poszuka swojej własnej rodziny i zobaczy jak dają  sobie radę.
     Ale gdzie była jej rodzina? Po kilku minutach poszukiwania, zobaczyła swoją mamę, która wydawała się niezwykle na swoim miejscu, opowiadając jakąś historię zainteresowanemu tłumowi. Ale nie potrafiła nigdzie znaleźć swojego taty i Alastaira. Było to oczywiście duże przyjęcie, ale sądziła, że jej tata będzie przy mamie, a jeżeli nie przy niej, to że będzie oczarowywać swoją własną grupkę osób. Cordelia wiedziała, że był drugą najbardziej podekscytowaną osobą, by pojawić się na tym przyjęciu, zaraz po niej. Więc gdzie się podziewał?
      Możliwe, pomyślała, że wymknął się do biblioteki. Zresztą sama chciała zobaczyć jak wygląda biblioteka w tym Instytucie. Udało jej się zapytać kogoś ze służących po francusku o drogę. Trzeba było zejść na dół żelaznymi, kręconymi schodami, a Cordelia pozwolilła sobie czuć się jak księżniczka opuszczająca wieżę.
      Biblioteka miała bardzo wysoki sufit, a podłoga była wypełniona starymi, ciężkimi dębowymi regałami, które były zapełnione książkami tak gęsto, że uginały się pod ich ciężarem, aż trudno było uwierzyć, że jeszcze się nie rozpadły. Cordelia od razu pokochała to miejsce. Rozpadało się w najbardziej piękny sposób. Światło było ciepłe i pomarańczowe, a kurz spokojnie się w nim unosił. W powietrzu czuć było zapach starego papieru, a w różnych miejscach stały krzesła pokryte starą, popękaną i poplamioną czerwoną skórą.
     Po przeciwnej stronie pokoju rzeczywiście była postać na parapecie, zwinięta z książką, ale to nie był jej tata. Gdy podeszła bliżej, czarnowłosa postać podniosła głowę, by na nią spojrzeć i zdała sobie sprawę, że był to James Herondale."

Premiera "RSOM" w Polsce

Tak! 15 kwietnia tego roku, czyli za niecały miesiąc pojawią się na naszych półkach "Czerwone Zwoje Magii", czyli 1 tom "The Eldest Curses"! Podekscytowani?

A oto okładka:




wtorek, 3 marca 2020

Prolog "Chain of Gold"

Dzisiejszy dzień to dzień premiery Chain of Gold, więc mam dla Was tłumaczenie prologu. Miłego czytania.

"Część 1 


"Ten dzień wprowadził do mojego życia wielkie zmiany. Ale tak dzieje się w życie każdego człowieka. Przypomni sobie taki jeden dzień, który zaważył na twoim życiu. Przerwij na chwilę ty, który to czytasz i pomyśl o długim łańcuchu złotych czy żelaznych ogniw, cierni czy kwiatów, które by nigdy ciebie nie oplątały, gdyby nie było jakiegoś jednego ważnego i pamiętnego dnia w twoim życiu"

Charles Dickens "Wielkie Nadzieje"



DNI Z PRZESZŁOŚCI: 1897 

     Lucie Herondale miała dziesięć lat, gdy po raz pierwszy spotkała chłopaka w lesie.
     Dorastając w Londynie, Lucie nie potrafiła sobie wyobrazić miejsca takiego jak Brocelind. Las otaczał rezydencję Herondale'ów ze wszystkich stron, jego drzewa pochylały się do siebie wierzchołkami jak ostrożni szeptacze: ciemna zieleń latem, spalone złoto jesienią. Dywany z mchu pod bosymi stopami były tak zielone i miękkie, że jej tata powiedział jej, że była to poduszka dla faerie w nocy a białe płatki kwiatów, rosnących jedynie w mniej uczęszczanych częściach Idrisu stanowiły bransoletki i pierścionki na ich delikatne ręce.
      James, oczywiście, powiedział jej, że faerie nie mają poduszek, tylko śpią pod ziemią i porywają małe niegrzeczne dziewczynki, gdy te śpią. Lucie nastąpiła mu na stopę, co oznaczałao, że tatuś wziął ją na ręce i wniósł z powrotem do domu zanim kłótnia wybuchła na dobre. James pochodził ze starej i szlacheckiej rodziny Herondale, co wcale nie oznaczało, że nie ciągnął Lucie za warkocze, jeżeli nadeszła taka potrzeba.
      Późno pewnej nocy jasne światło księżyca obudziło Lucie. Wpadało do jej pokoju jak mleko, tworząc białe plamy światła na jej łóżku i wzdłuż wypolerowanej drewnianej podłogi.
      Wymknęła się z łóżka i zeszła przez okno, lądując miękko na łożu z kwiatów. Była letnia noc i było jej ciepło w koszuli nocnej.
      Skraj lasu, tuż za stajniami, gdzie były trzymane ich konie, zdawał się jaśnieć. Pomknęła do niego jak mały duch. Jej stopy odziane w kapcie ledwo dotykały mchu, gdy wchodziła pomiędzy drzewa.
      Najpierw zabawiała się tworzeniem łańcuchów z kwiatów i wieszaniem ich z gałęzi. Następnie udwała, że jest Śnieżką uciekającą przed łowcą. Biegała pomiędzy drzewami, odwracając się gwałtownie, wciągając szybko powietrze, przykładając wierzch dłoni do czoła.
- Nigdy mnie nie zgładzisz - mówiła. - Ponieważ mam w sobie królewską krew, a pewnego razu zostanę królową, a do tego dwa razy potężniejszą od mojej macochy. I utnę jej głowę.
     Prawdopodobnym było, pomyślała później, że chyba nie pamiętała tej baśni dokładnie.
     Mimo wszystko, było to bardzo przyjemne i podczas swojego czwartego czy piatego biegu przez las zorientowała się, że się zgubiła. Nie dostrzegała już znajomego kształtu rezydencji Herondale'ów pomięędzy drzewami.
      Obróciła się w panice. Las już nie wyglądał magicznie. Zamiast tego drzewa pochylały się jak niebezpieczne duchy. Wydawało jej się, że słyszy rozmowy nieludzkich głosów pomiędzy szelestem liści. Pojawiły się chmury i zakryły księżyc. Była sama w ciemności.
      Lucie była dzielna, ale miała tylko dziesięć lat. Załkała i zaczęła biec w kierunku, który wydawał jej się właściwym. Ale las stawał się jedynie ciemniejszy, a ciernie bardziej splątane. Jeden wbił sie w jej koszulę nocną i rozdarł materiał. Potknęła się...
      I spadła. Czuła się jak Alicja spadająca do Krainy Czarów, ale spadała o wiele krócej. Wpadła całkowicie i uderzyła o warstwę twardej ziemi.
      Usiadła z jękiem. Leżała na dnie okrągłej dziury wykopanej w ziemi. Krawędzie były gładkie i wznosiły się kilka stóp ponad zasięg jej ramion.
      Próbowała wbijać dłonie w ziemię wznoszącą się dookoła niej, by wspiąć się po niej tak jak po drzewie. Ale ziemia była miękka i rozpadała się się jej w palcach. Po tym jak po raz piaty wpadła do jamy, dostrzegła coś białego, świecącego ze stromej strony ściany. Mając nadzieję, że to korzeń, po którym mogłaby się wspiąć, pośpieszyła tam i sięgnęła by go złapać.
      Odpadła gleba. To nie był korzeń, ale biała kość i nie zwierzęca...
- Nie krzycz - powiedział głos nad nią. - To je przywoła.
      Spojrzała w górę. Nad dołem pochylał się chłopak. Starszy niż jej brat, James - mógł mieć nawet szesnaście lat. Miał śliczną melancholijną twarz i proste czarne włosy bez żadnego loka. Końce jego włosów prawie dotykały kołnierzyka jego koszuli.
- Przywoła kogo? - Lucie położyła dlonie na swoich biodrach.
- Faerie - powiedział. - To jedna z ich pułapek zapadkowych. Zwykle używają ich by złapać zwierzęta, ale byliby bardzo zadowoleni, gdyby zamiast tego znaleźli małą dziewczynkę.
      Okrzyk wyrwał się z gardła Lucie.
- Masz na myśli, że by mnie zjedli?
      Zaśmiał się.
Malo prawdopodobne, chociaż mogłoby się okazać, że służysz szlachcie faerie w Krainie Pod Wzgórzem do końca swojego życia. By nigdy więcej nie zobaczyć swojej rodziny.
      Poruszał brwiami.
- Nie próbuj mnie przestraszyć - powiedziała.
- Zapewniam, że mówię jedynie perfekcyjną prawdę. - odpowiedział. - Nawet nieperfekcyjna prawda jest poniżej mnie.
- Nie bądź także dziecinny - powiedziała. - Nazywam się Lucie Herondale. Moj tata to Will Herondale i bardzo ważny człowiek. Jeżeli mnie uratujesz, zostaniesz nagrodzony.
- Herondale? - zapytał. - Takie moje szczęście. - Westchnłą i podszedł bliżej krawędzi, wyciągając rękę. Na jego prawej dłoni przebłysnęła blizna - brzydka, jakby się sam poparzył. - Do góry.
      Złapała jego nadgarstki obiema dłońmi, a on wciągnął ją do góry z zaskakującą siłą. Po chwili oboje stali. W tym momencie Lucie mogła dokładniej go zobaczyć. Był starszy niż myślała i elegancko ubrany w biel i czerń. Księżyc znowu wychynął spomiędzy chmur i dostrzegła, że jego oczy są koloru mchu pokrywającego ziemię.
- Dziękuję - powiedziała dosyć sztywnie. Wygładziła swoją koszulę nocną. Była dość zniszczona przez ziemię.
- Chodź - powiedział delikatnie. - Nie bój się. O czym moglibyśmy porozmawiać? Lubisz opowiadania?
- Kocham opowiadania - powiedziała Lucie. - Kiedy dorosnę, będę sławną pisarką.
- Brzmi wspaniale - powiedział chłopak. W jego głosie było coś tęsknego.
       Szli razem przez ścieżki pod drzewami. Wydawało się, że wie gdzie idzie jakby las był mu bardzo znajomy. Pewnie jest podmienionym dzieckiem, pomyślała rozsądnie Lucie. Wiedział dużo o faerie, ale nie był jednym z nich: ostrzegł ją o byciu skradzioną prze dwór faerie, więc to też jemu musiało się przytrafić. Nie wspomniała o tym, by nie poczul się niekomfortowo; bycie podmienionym dzieckiem musiało być okropne, tak jak bycie zabranym swojej rodzinie. Zamiast tego wciągnęła go w dyskusję o książniczkach w baśniach i która była najlepsza. Zdawało się, że bardzo szybko wrócili do ogrodów rezydencji Herondale'ów.
- Sądzę, że ta książniczka potrafi już sama trafić do zamku - powiedział z ukłonem.
- O tak - powiedziała Lucie, spoglądając na swoje okno. - Myślisz, że zorientują się, że mnie nie było?
       Zaśmiał się i odwrócił, by odejść. Krzyknęła za nim, gdy doszedł do bramy.
- Jak masz na imię? - zapytała. - Powiedziałam ci swoje. A jak brzmi twoje?
        Zawahał się przez chwilę. W nocy był cały biały i czarny jak ilustracja z jednej z jej książek. Ukłonił się, nisko, pełen wdzięku tak jak kiedyś dobrzy rycerze.
- Nigdy mnie nie zgładzisz - powiedział. - Ponieważ mam w sobie królewską krew, a pewnego razu będę dwa razy potężniejszy od królowej. I utnę jej głowę.
        Lucie wydała z siebie oburzony okrzyk. Podsłuchiwał ją, w lesie, kiedy się bawiła? Jak śmiał z niej żartować! Podniosła pięść, chcąc mu nią pogrozić, ale już zniknął w nocy, pozostawiając za sobą tylko dźwięk jego śmiechu.
        Miało minąć sześć lat nim znowu go zobaczyła."

wtorek, 25 lutego 2020

Polskie wydanie "Red Scrolls of Magic"

    Czekaliśmy na to prawie rok od premiery "RSoM", ale mamy to! Tak, będzie polskie tłumaczenie tej książki. Tym razem jednak niespodzianka: wydawcą nie jest wydawnictwo MAG (które aktualnie prowadzi rozmowy z wydawcą Cassandry, ponieważ muszą przedłużyć prawa do tłumaczenia), a marka wydawnicza We Need YA.

     Jak na razie nie wiadomo, kiedy będzie premiera.

     Jedno tylko mnie zastanawia. Chociaż nie, trzy rzeczy:
1. Jeżeli wydawnictwo MAG przedłuży prawa do książek, to czy We Need YA będzie tłumaczyć kolejne części "The Eldest Curses", czy MAG? (RSoM to pierwsza część trylogii)
2. Jeżeli MAG nie dostanie pozwolenia na dalsze tłumaczenie, to czy We Need YA będzie tłumaczyć także pozostałe książki Cassie, czy nie będziemy mieli nic lub w dużym opóźnieniu?
3. Czy RSoM dobrze sprzeda się w Polsce skoro (wydaje mi się) mało osób jak na razie zna tę markę wydawniczą i niewiele osób wie o tym tłumaczeniu?

Czekacie? Będziecie kupować? Podekscytowani?

PS. Nie wiedziałam, że koronawirus może być przyczyną opóźnienia dostarczenia do mnie "Chain of Gold" o miesiąc. A jednak.

PSS. Cała sesja zdana w 1 terminie, jutro zaczyna się kolejny semestr, a ja i moja gorączka nie jesteśmy na to gotowe.

wtorek, 11 lutego 2020

Chain of Gold boxes - gdzie można kupić jakieś fajne dodatki do książki

     Po pierwsze: wiem, że nie było mnie tutaj dwa miesiące. Wiem, to bardzo długo, ale święta to jak wiadomo czas, w którym jest bardzo dużo do zrobienia, zwłaszcza jak przy stole wigilijnym zasiada sporo osób.
    Końcówka grudnia to w mojej rodzinie zapracowany czas, ponieważ zaraz po wigilii urodziny jedno po drugim mają: mój tata, moja kuzynka i moja mama. Dodatkowo w tym roku dostałam grypy żołądkowej, więc spędziłam kilka dni z miską przy łóżku (mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi).
     Po świętach zaczął się styczeń, czyli... CZAS ZALICZEŃ YAY. W jednym tylko tygodniu miałam 6 zaliczeń. Wszystkie w formie egzaminu. Ugh. A, gdy zaliczenia się skończyły... następnego dnia zaczęła się sesja i miałam w ten dzień egzamin.
     Wczoraj miałam swój ostatni egzamin i powiem Wam, że lubię panią doktor, ale chyba ma za dużo czasu wolnego, bo sama stwierdziła, że chyba ułożyła za dużo zadań. To było okropne i nie wyrobiłam się ze wszystkim. Także mam nadzieję, że w systemie pojawi mi się 3, bo nie liczę na nic więcej.

A teraz coś fajniejszego. W czasie mojej nieobecności pojawiło się sporo nowych informacji, więc zaczynamy od BOXÓW.

Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby jakakolwiek książka Cassie była tak wypromowana i miała tyle specjalnych wydań itd.

1. Jeżeli kupimy zwykłe wydanie Chain of Gold w byle jakiej księgarni dostaniemy jak już kiedyś wspominałam rysunek wspólny wszystkich bohaterów COG2, opowiadanie "Fairytale of London" - ślub i noc poślubna Willa i Tessy oraz rysunek Cassandry Jean przedstawiający Tessę i Willa.



Koszt: Na stronie Bookdepository brytyjskie wydanie kosztuje 17,29 dolarów (koszt przesyłki jest darmowy), a amerykańskie 22,37 dolarów.




2. Waterstones special edition - wszystko z punktu 1 + inna okładka + list Ragnora do Magnusa

Koszt: 16,99 funtów + 12,50 funtów za przesyłkę do Polski = 29,49 funtów 

https://www.waterstones.com/help/delivery-options/19



3. "Glamour and Gold" stworzony przez Illumicrate przy współpracy z Cassandrą. Co zawiera:
- brytyjskie wydanie Chain of Gold w twardej oprawie z wszystkimi dodatkami z punktu 1.
- będzie mieć dodatkową płócienną oprawę z foliowaną okładką, końcówki stron będą miały inny kolor z sygnaturą Cassandry 
- 5-6 dodatków: jak na razie wiadomo o kocu i rysunkiem na twardej kartce do postawienia 
- jakaś niespodzianka 



Koszt: 52 funty + 5,65 za vat + 4,56 za przesyłkę do Polski = 62,15 funtów 

https://www.illumicrate.com/product/glamour-gold-the-shadowhunters-edition



4. Chain of Gold Collector's Box - tutaj mamy dwie opcje:
a) Książka z wszystkim z punktu 1 + tabliczka imienna + ściągana oprawa dodatkowa książki
Koszt: 25 dolarów + 19 dolarów za przesyłkę do Polski = 44 dolary 
b) to co w punkcie a + bluzka z ich sklepu (jakaś z motywem z książek) + jakieś dodatki, nie wiadomo jakie i ile
Koszt: 65 dolarów + 25 dolarów za przesyłkę = 90 dolarów



https://thebookishshop.bigcartel.com/product/chain-of-gold-collector-s-box





Były jeszcze dwa inne, ale się wyprzedały, więc nie widzę sensu je tutaj zamieszczać.
Szkoda, że wszystkie boxy są tak drogie.

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Flash Fiction #8 - "Świąteczna Kolęda Lightwoodów cz.2" - dalej nienawidzimy Tatiany



"- Więc - powiedział Gideon do Willa następnej nocy, gdy patrolowali razem Mayfair. - Cała ta sprawa to była raczej strata czasu. Nie zabiję czyjegoś psa.
      Patrolowanie razem z Willem było dla Gideona normalnie relaksującym doświadczeniem. Lubili swoje towarzystwo, a demony pojawiały się tak rzadko w Londynie, że był to niemal zwyczajny spacer z przyjacielem. Od czasu do czasu Will nawet proponował poszukać demonicznej aktywności w jednym z domów publicznych.
       Oczywiście dzisiejszej nocy nie było mowy o zamawianiu szybkiej rundki jako przykrywki dla przesłuchania, przez wesołe rozmowy, a Will był za bardzo w świątecznym nastroju. Nalegał, by pójść na Trafalgar Square, gdzie spędził wiele minut, wpatrując się z zachwytem na wielką choinkę oraz zatrzymał się - dwukrotnie! - by podziwiać grupy kolędników i klaskać im. Gideon trzymał się nieźle, a w każdym razie tak sądził. Nawet trochę wdał mu się nastrój, ponieważ zjadł kilka pieczonych kasztanów, które kupił Will.
       Teraz Tatiana (i wieści o psie) pogorszyły nastrój Willa, a Gideon czul się z tego powodu dość źle. Will zmarszczył brwi w zamyśleniu.
- Dlaczego po prostu nie zaoferujesz jej pieniędzy? - zapytał.
        Gideon westchnął.
- Ponieważ Tatiana ma mnóstwo pieniędzy, wszystkie pieniądze naszej rodziny. A Gabriel i ja mamy tylko wypłaty jako Nocni Łowcy. Ona nie potrzebuje pieniędzy.
        Will nie wyglądał na przekonanego.
- Każdy lubi mieć więcej pieniędzy.
- Normalnie bym się z tobą zgodził - powiedział Gideon, potrząsając głową. - Ale nie widziałeś w jakim stanie psychicznym była Tatiana. Nie możesz porozmawiać z nią tak jak z racjonalną osobą. Muszę wykonać zadanie jakie mi zleciła, ale nie mogę tego oczywiście zrobić. Nigdy nie zraniłbym psa. Obrzydliwość.
        Will zatrzymał się, patrząc za siebie, przez długą chwilę, więc Gideon w końcu zapytał:
- Will?
- Zajmiemy się tym - powiedział nagle Will. Jego wzrok spoczął z powrotem na Gideonie i tym razem się uśmiechał. - Damy Tatianie to, czego chce, nie zabiwszy żadnego psa.
- My? - zapytał Gideon, unosząc brwi.
- No cóż, to mój plan - powiedział Will rozsądnie - więc oczywistym jest, że wezmę udział w jego realizacji.
       Wbrew sobie, Gideon uśmiechnął się lekko. To była jedna rzecz, w której miał przewagę nad Tatianą. Nie był w tym sam.

***

        Frontowe drzwi domu w Chiswick otworzyły się szybciej niż dwa dni wcześniej, a podejrzliwa twarz Tatiany pojawiła się. Miała na sobie tę samą suknię jak wcześniej, co wprawiło Gideona w niepokój. W lewej ręce trzymała czystą czaszkę jakiegoś małego ssaka. Gideon nie chciał dopytywać dlaczego.
        Spojrzenie Tatiany szybko przeniosło się z Gideona na Willa, który gibał się lekko w górę i w dół nerwowo za nim. Will nalegał, by pójść, mimo protestów Gideona, i dopiero teraz zorientował się, że istnieje prawdopodobieństwo, że Tatiana nawet nie będzie chciała go zobaczyć, jeżeli będzie z nim Will.
        Will ze swojej strony robił, co w swojej mocy, by wyjść jak najlepiej.
- Tatiana, miłości moja - powiedział. - Wszystkiego dobrego z okazji świąt! Jak cudownie dbasz o to miejsce.
         Tatiana zamrugała, najwyraźniej zapomniawszy, co miała wykrzyczeć. Gideon wiedział, że Will miał w sobie trzy sznapsy brandy i przypuszczał, że był to prawdopodobnie najlepszy sposób, by poradzić sobie z tą sytuacją. Przywitaj niespodziewane niespodziewanym.
- Dlaczego przyprowadziłeś mojego odwiecznego wroga do mojego domu? - zapytała Tatiana, takim samym głosem jakim mogłaby zapytać Gideona, dlaczego nie zwrócił książki, którą pożyczył.
- O rety - powiedział Will. - Odwiecznego wroga? Tatiano, życzę ci tylko dobrze. Czy ja kiedykolwiek, chociaż raz, wtrąciłem się w twoje życie? W twoje sprawy?
- Tak - powiedziała Tatiana. - Dwukrotnie. Najpierw, gdy zamordowałeś mojego męża, a później, gdy zamordowałeś mojego ojca.
      Will wydał z siebie taki dźwięk jakby się dławił.
- Zamordowałem twojego ojca, ponieważ on zamordował twojego męża! I ja go nie zamordowałem, on zamienił się w jakiegoś wielkiego węża.
- Robaka, Will - powiedział Gideon cicho. - Był wielkim robakiem. Nie wężem.
- Jak pamiętam - powiedział Will. - był wielkim wyrmem* z głębokich otchłani, którego zabiliśmy.
- Nie prawda - powiedział Gideon.
- To był mój ojciec - wycedziła Tatiana. - I chciałabym wiedzieć, Gideonie, dlaczego przyprowadziłeś go tutaj? Kazałam ci wykonać dla mnie zadanie.
- I je wykonałem - powiedział z ożywieniem Gideon. - Pan Herondale był na tyle miły, by pójść ze mną, aby pomóc w ochronie mnie przed najbardziej narowistym psem jakiego opisałaś.
- Był naprawdę dość narowisty - przyznał Will.
- Jeżeli pozwolisz nam wejść - powiedział Gideon.
       Tatiana zmrużyła oczy, jakby próbowała przejrzeć ich czar.
- Cóż, wchodźcie. Ale nie dostaniecie herbaty.
- Tatiano - powiedział Will z chichotem. - Nie ma mowy, bym skonsumował jakiekolwiek jedzenie lub picie w twoim domu.
      Gideon pomyślał, że szło dosyć dobrze.
      Ulokowawszy się znowu w biurze jego ojca, bez herbaty zaproponowanej, czy przyjętej, Tatiana odezwała się:
- Więc?
      Gideon sięgnął do kurtki i położył psią obrożę, zwietrzały długi skórzany sznurek, na biurko z wymachem.
      Tatiana spojrzała na nią, a później na niego.
- Co to jest? 
- Psia obroża - odpowiedział Gideon. - Trofeum po zabiciu go.
      Znowu na nią spojrzała.
- To mi nic nie mówi. Mogłeś po prostu zdjąć ją z tego psa.
- Pani - powiedział Will. - Jeśli mogę? Żaden człowiek nie byłby w stanie zdjąć obroży z tego psa. Radziłbym raczej, by trzymać ręce w odległości kilku stóp od szyi tego psa, jeżeli chce się zatrzymać rzeczone ręce. A teraz, gdy obroża jest zdjęta, nikt nie może znowu jej założyć. - Mówił poważnym tonem.
- Potrzebuję czegoś więcej - powiedziała Tatiana. - Jeżeli zabiliście tego psa, musicie wiedzieć, gdzie jest. Wróćcie i przynieście mi psi ogon, czy coś takiego.
- Tatiano - błagał Gideon, ale Will mu przerwał.
- Jeśli mogę znowu - powiedział. - Pies leży po drugiej stronie bardzo wysokiego i bardzo ostrego cierniowego płotu, stojącego pomiędzy terenami psa a drogą. Ze wspinaczką  poradziłby sobie tylko dobrze wytrenowany Nocny Łowca i radziłbym to zrobić z wolnymi rękami, a nie niosąc jakąś część psa. Obawiam się, że obroża musi wystarczyć.
       Tatiana wyprostowała się i potrząsnęła głową, z niezadowoleniem widniejącym w ułożeniu jej warg.
- Udowodnijcie, że pozbyliście się psa - powiedziała. - A nie, że tylko go spotkaliście.
       Gideon czekał na kolejne wtrącenie Willa, ale tym razem Will był cicho. Wydawało się, że nie był pewny jak kontynuować. W końcu powiedział:
- Tatiano daj mu dokumenty. Ponieważ jest Boże Narodzenie.
- Co? - zapytał Gideon z niedowierzaniem.
       Tatiana spojrzała na Willa z nienawiścią.
- Święta przyziemnych nie mają dla mnie żadnego znaczenia.
- Tak sądziłem - wyszeptał Will.
- Proszę - powiedział Gideon, chwytając się ostatniej deski ratunku. - Mój syn - on... jest jak twój syn. - Tatiana wpatrywała się w niego przez chwilę w ciszy, więc kontynuował. - On... on jest bardzo mały, często choruje, a my boimy się, czy przeżyje. Boimy się co się stanie, gdy nałożymy na niego Znaki. Tak jak ty martwisz się o swojego syna.
      Tatiana dalej wpatrywała się w niego w ciszy jak jaszczurka.
- Wiem, że nie zgadzamy się, co do historii naszej rodziny - powiedział wytrwale, ignorując ciche hmph! które wyrwało się Willowi, siedzącemu za nim. - Ale pomimo tego jesteśmy rodziną i oboje mogliśmy... odziedziczyć coś. Od naszego ojca. Coś, co przekazaliśmy naszym synom. Muszę przeczytać dokumenty, by zobaczyć, czy znajdują się tam jakieś wskazówki.
       Wpatrywała się przez okropnie długi czas, a w końcu powiedziała:
- Wynoś się z mojego domu.
- Tatiano - błagał.
- Jak śmiesz porównywać swojego syna do mojego! - Jej głos się podniósł - Każdy mógłby zgadnąć skąd się wzięła słabość w twoim synu i jest to najwyraźniej spowodowane twoją decyzją, by zmieszać swoją krew z najbardziej przyziemną osobą, jaką mogłeś znaleźć - wykrzyknęła.
- Sophie przeszła Wstąpienie! - wykrzyknął Will stanowczo, a Gideon uświadomił sobie, że był szczęśliwy z obecności Willa.
- Nie obchodzi mnie to! - krzyknęła Tatiana. - Mój syn jest z krwi najstarszych rodzin Nocnych Łowców. Nie jest słaby jak twój syn. Wracaj do swojej słabości, Gideonie. Zejdź mi z oczu, wynoś się z mojego domu i nie waż się pojawiać znowu przed moimi drzwiami. Nie tęskniłam za twoim towarzystwem, ani za twojego brata i jestem szczęśliwa, że mój syn nie będzie wychowywał się pod niszczącym wpływem któregokolwiek z was.
       Gideon chciał wstać, ale Will się odezwał:
- Jeśli znowu mógłbym się wtrącić. - I siadł z powrotem. Tatiana patrzyła na niego gniewnie. - Sądzę - ciągnął Will, poważnym tonem - że ty i ja moglibyśmy wyjść na korytarz na chwilę i porozmawiać w cztery oczy - tylko na chwilę. Daj mi trzy minuty, proszę tylko o tyle. Po tym czasie, odejdziemy i obiecamy, że już nie wrócimy. Prawda, Gideonie?
- Cokolwiek zechcesz.
       Tatiana patrzyła wnikliwie w twarz Willa, a następnie powiedziała:
- Masz dwie minuty, zaczynając od teraz. - Wstała i poszła w kierunku drzwi.
- Will, co ty... - zaczął Gideon.
      Will położył palec na swoich ustach, by uciszyć Gideona.
- Zaufaj mi - powiedział. - Sądzę, że mogę stworzyć świąteczny cud.
      Gideon tylko patrzył bezradnie jak jego siostra i jego przyjaciel wychodzą, zamykając za sobą drzwi. Sekundy mijały. Dwie minuty,  kolejne dwie, a następnie trzy.
       Wtedy Tatiana wróciła, a za nią Will. Gideon próbował odczytać minę Willa, ale była neutralna, nonszalancka.
       W dłoniach Tatiany znajdowały się dwa zeszyty, zapakowane razem z luźnymi kartkami. Ich okładki oraz kartki były usmarowane sadzą.
- Dokumenty Benedicta Lightwooda - powiedziała. - Nie zasługujesz na nie. A ja ci ich nie daję na zawsze. Są częścią domu, a dom jest mój, tym samym one także należą do mnie. Możesz je przeczytać, czy skopiować w ciągu jednego tygodnia, a jeżeli nie zostaną w tym czasie zwrócone w takim stanie w jakim ci je dałam, niech Anioł zlituje się nasz waszymi duszami. - powiedziała, patrząc w kierunku Willa.
      Will uniósł ręce w geście poddania.
- Ja naprawdę tylko przyszedłem, by posiłować się z psem.
       Gideon wziął od niej papiery, w zamyśleniu. Obrócił się, by spojrzeć na Willa, który szepnął do niego z małym uśmiechem.
- Świąteczny cud.

***

- No mów- powiedział Gideon, gdy jechali powozem z Chiswick. - Co powiedziałeś Tatianie, że ustąpiła?
      Padał śnieg, a wiatr był słaby, przez co płatki opadały malowniczo, zamiast walić w powóz, gdy jechali przez Hammersmith, by dostać się do Centralnego Londynu.
Will oparł się i spojrzał przez okno.
- Cóż, jeżeli musisz wiedzieć - powiedział. - Wygłosiłem bardzo dobrze przemyślaną przemowę, poruszającą kwestie takie jak znaczenie rodziny, przebaczenie, potrzebę tego, by wszyscy Nocni Łowcy łączyli się w wspólnej sprawie jaką jest zabijanie demonów, o jak mało została poproszona, bezsensowność zemsty, oraz oczywiście świąteczny klimat, który pobudza do dawania dobra.
- Och.
- Tak - powiedział Will z zapałem. - A później odliczyłem banknoty o łącznej kwocie dwustu brytyjskich funtów**, dając je prosto w jej ręce.
- Will! - powiedział zszokowany Gideon.
- Mówiłem ci- powiedział Will. - Wszyscy lubią pieniądze. Nawet szalone, szukające zemsty siostry, mające krew swoich mężów na sukniach lubią pieniądze.
      Gideon był skołowany. To była olbrzymia suma pieniędzy.
- Nie musiałeś tego robić, Will - powiedział. - Ona nie zasługuje na te pieniądze.
- Nie zasługuje - odpowiedział Will gwałtownie. - na zwycięstwo moralne. To były dobrze wydane pieniądze, by móc opuścić ten dom.
      Gideon otworzył dzienniki, podziwiając Willa Herondale'a. Jego finansowa pozycja była oczywiście lepsza niż Gideona, ale dwieście funtów było olbrzymią sumą pieniędzy, o wiele większą, żeby Will mógł ją wydać na głupoty. A jednak nie zawahał się, by dzierżyć te pieniądze dla Gideona, a tak naprawdę, Gideon zrozumiał, przyniósł ze sobą pieniądze celowo.
       To takie dziwne, pomyślał Gideon, patrząc ukradkowo na Willa, który odchrząkiwał cicho. W tym momencie ten chłopak, którego nie cierpiał jako dziecko, był dla niego bardziej jak rodzina, niż jego własna siostra. I zorientował się, że był w stanie to zaakceptować. Rzeczywiście świąteczny cud.
- Naprawdę lepiej oddam Tatianie papiery w ciągu tygodnia - powiedział, przeglądając dokumenty jeszcze raz, zanim zaczął je czytać. - Albo prawdopodobnym jest, że pośle na mnie demona.
         Will zaśmiał się krótko.
- Ha. Mogłaby to zrobić.
          Gideon przestał czytać.
- Wiesz, ona na serio mogłaby to zrobić. To jest naprawdę prawdopodobne.
- To prawda - zgodził się Will, bardziej ponuro.
          Minęły minuty, podczas których Gideon przebiegał wzrokiem po kartkach, marszcząc brwi. Po pewnym czasie, wrócił do początku, zdezorientowany.
         Will obrócił się, odwracając od okna, przez które obserwował sunącą Bath Road.
- O o chodzi? - zapytał.
- Nic tu nie ma - powiedział sfrustrowany Gideon. - Wiele okropnych rzeczy, oczywiście. Mój ojciec był... był... - Ciężko mu było znaleźć właściwe słowo.
- Potworem? - zasugerował Will.
- Zboczeńcem - powiedział ostrożnie Gideon. Przerzucił kartki aż znalazł tą, na której znajdował się skomplikowany diagram, który narysował ołówkiem jego ojciec i pokazał go Willowi.
       Will zamrugał, patrząc na wykres.
- Jiminy*** - powiedział.
- Ale nie ma tutaj nic, co mogłoby spowodować słabość lub kruchość u jego potomków - Gideon kontynuował. - Zero klątw, zero uroków, zero demonicznych trucizn....
- Tylko ospa - powiedział sucho Will.
- Tak, ale ona nie jest dziedziczna - powiedział Gideon. - Sprawdziliśmy to lata temu, dla własnego dobra. - Przerzucił kartki. - Tyle zachodu, po nic. Thomas pozostaje słaby, a ja nie jestem w stanie niczego dla niego zrobić.
        Zapadła cisza, a później Will powiedział:
- Gideonie, są święta, a święta to czas, by mówić prawdę. Zgodzisz się ze mną?
- Jeżeli tak twierdzisz - powiedział Gideon, machnąwszy ręką. Z własnego doświadczenia sądził, że święta to czas śpiewania na ulicach i jedzenia gęsi, ale kto wiedział jakie dziwne tradycje znał Will ze swojego przyziemnego dzieciństwa. - W każdym razie, zgodziłbym się, że powinno się mówić prawdę, niezależnie od okazji.
- Gideonie - powiedział Will, klepiąc Gideona po ramieniu. - Z Thomasem nie dzieje się nic złego.
      Gideon westchnął.
- To bardzo miło z twojej strony, ale....
- Ale nic. Thomas jest po prostu mały. Czasami dzieci są małe. On nie jest przeklęty, ani pod wpływem uroku.
- Choruje - naciskał Gideon. - Przez cały czas.
        Will zaśmiał się.
- Wiesz jak chora była Cecily jako niemowlę? Miała cały czas kolki,a później gorączki... Przez pierwsze kilka lat płakała więcej niż spała.
- A potem co?
        Will wyrzucił ręce w powietrze.
- A potem nic! Urosła! Chorowała coraz rzadziej. Tak to jest z dziećmi. I my nie mieliśmy przerażających, niemych, telepatycznych lekarzy, by się nami opiekować. Czy Thomas je? Czy wysila się, gdy czuje się dobrze?
- Tak - przyznał Gideon.
- Cóż więc - powiedział Will, opierając się jakby wyraził swoją opinię. - Przestań myśleć o swojej rzekomo przeklętej rodzinie. Syn Tatiany jest chorowity... dziwi cię to teraz, gdy zobaczyłeś dom? Teraz, gdy widziałeś Tatianę? Nie, oczywiście, że nie. - Spojrzał uważnie na Gideona. - Jedynym problemem Thomasa - powiedział pewnie. - jest to, że jest uroczą, malutką osóbką.
      Gideon gapił się na Willa. Po chwili wybuchnął śmiechem. Will też zaczął się śmiać, swoim zwyczajowym serdecznym śmiechem, a Gideon zorientował się, że czuje się lepiej. Ciągle martwił się o Thomasa - i będzie przez następne kilka lat, dopóki chłopiec przestanie zapadać na dziecięce dolegliwości i będzie mógł być chroniony runami - ale mimo wszystko czuł się lepiej. Wcześniej zastanawiał się nad tym jak mógłby się czuć w trakcie drogi powrotnej z domu swojej siostry, ale "lepiej" nie było jednym z nich.
- Świąteczny cud - wyszeptał Will radośnie.
Cóż, pomyślał Gideon, jakiś cud w każdym razie. "

* wyrm - taki jakby smok bez odnóży i skrzydeł/wąż morski pojawiający się w wielu mitologiach, np. nordyckiej jako Jormungand
** dla porównania: robotnicy w Londynie w latach 60 XIX wieku zarabiali około 110 funtów brytyjskich na rok
*** starodawny wyraz oznaczający zaskoczenie, ale jakoś nie potrafiłam znaleźć tak dobrze odpowiadającego mu polskiego słowa

Moje przemyślenia:
1. Zastanawiałam się, dlaczego na tych ostatnich rysunkach Gideon ma takie bardziej brązowe włosy skoro na wczesnych ma jasny blond. Jakoś zawsze myślałam, że piaskowy blond to taki jasny blond, a wczoraj przeczytałam jakiś inny fragment "Mechanicznej Księżniczki" w angielskiej wersji i jest tam napisane, że jego włosy mają taki brązowo-blond kolor. *szoooooookkkkk*

2. Tak bardzo kocham, że nawet im przez głowę nie przeszło zranienie psa.

3. Tatiana, błagam zniknij. Idź sobie. Odejdź. Albo chociaż bądź pierwszą osobą, która umrze w "Chain of Gold"

2. Och nie wiedziałam, że potrzebuję przeczytać o przyjaźni Gideona i Willa, ale omg to takie cudowne *-*

A jeszcze taka informacja: Cassie napisała, że pod koniec grudnia i na początku nowego roku będzie podróżować z rodziną, przez co maila z kolejnym flash fiction  dostaniemy dopiero około 10 stycznia na 

Źródło: https://cassandraclare.tumblr.com/search/december%27

czwartek, 12 grudnia 2019

Historia tego jak Magnus adoptował Prezesa Miau

Jest to bardzo słodziutkie, także przygotujcie się ;)

Magnus znalazł Prezesa Miau w kartonowym pudełku razem z trzema innymi kociętami. Magnus rzucił czar, żeby sprawdzić, którzy z jego sąsiadów najbardziej potrzebują kotka. Prezes Miau pokazał, że nie ma zamiaru odchodzić, trzymając się Magnusa.





Mówiłam, że słodkie 

środa, 11 grudnia 2019

Taki oto pierwszy opis "Sword Catcher"

    "Sword Catcher" to nadchodząca seria napisana przez Cassandrę Clare. Co ciekawe, będzie to jej pierwsza samodzielna seria nie osadzona w świecie Nocnych Łowców (podkreśliłam, że samodzielna, ponieważ razem z Holly Black napisała serię "Magisterium"). Jakoś zdawało mi się, że "Sword Catcher" będzie miał swoją premierę po ukazaniu się ostatniej książki o Nefilim, a tu niespodzianka.

     Jak już pisałam kilka tygodni temu, pierwsza część będzie miała premierę we wrześniu 2021 roku, czyli no dość niedługo. Ma być to także pierwsza seria fantasy dla dorosłych! Pamiętam, że na początku "The Eldest Curses" też miały być przeznaczone dla starszych czytelników, ale zarzucono ten pomysł.

     Sama seria osadzona będzie na stworzonej przez Cassie mieście Castellane. Młoda kobieta zostaje wyznaczona do zostania prywatnym lekarzem największego kryminalisty w mieście. Młody mężczyzna odkrywa, że książę, którego jest ochroniarzem, może nie być za dobrym gościem. Miecze, intryga, magia Eksplozje!

    Jak na razie nie wiem, co myśleć. Widzę, że Cassie wchodzi w high fantasy, więc zobaczymy jak jej to wyjdzie, no i będzie czas, żeby podzielić się z nami oficjalnym opisem, czy jakimiś fragmentami książki i zobaczymy.

wtorek, 10 grudnia 2019

Wszystkiego najlepszego, Magnus!

Spóźniłam się o dwa dni, ale lepiej późno niż wcale, prawda? Na osłodę mam dla was nowy cytat z "The Lost Book of the White". TMI gang powraca *-*

"Magnus znalazł swój szlafrok, zamrugał, żeby odgonić sen, a następnie poszedł do kuchni, gdzie Jace Herondale nalewał sobie kawy do należącego do Magnusa kubka z napisem: "Jestem pewnego rodzaju Wielką Sprawą".
- Nie masz swojego własnego ekspresu do kawy? - zapytał Magnus ponuro.
      Jace, ze swoimi blond włosami, będącymi w nadnaturalnie idealnym stanie, posłał mu zwycięski uśmiech, na który Magnus nie był przygotowany przed wypiciem kawy.
- Słyszałem, że zostałeś raniony przez dziwny norweski cierń - powiedział Jace. - Mam także pytanie: masz mleko sojowe? Clary ma fazę na sojowe mleko.
- Co robisz w moim mieszkaniu? - zapytał Magnus.
- No cóż- powiedział Jace, szperajac teraz w lodówce. - Lubię myśleć, że jestem tutaj mile widziany o każdej porze, przez moją bliską relację z waszą trójką. Ale w tym przypadku, Alec po nas zadzwonił. Mówił coś o Szanghaju.
- Jakich nas? - zapytał Magnus podejrzliwie.
Jace zamachnąl kubkiem z kawą.
- Nas! No wiesz. Nas wszystkich.
- Was wszystkich? - powtórzył Magnus. Podniósł dłoń. - Poczekaj. Stop. Pójdę ubrać na siebie coś więcej niż kimono. A ty użyjesz swoich anielskich mocy, by nalać dla mnie tak wielki kubek czarnej kawy jaki możesz znaleźć, ja zaraz będę, następnie porozmawiamy o okropnych pomysłach takich jak kim "wszyscy wy" jesteście oraz co powiedział ci Alec ostatniej nocy.
      Gdy wrócił do salonu, teraz odpowiednio ubrany, znalazł Aleca z rękami założonymi na piersi, wyglądającego na cierpiącego. W najdalszym kącie pokoju, obok sufitu, wisiał Max wirujac w powietrzu. Nie wyglądał jakby był w niebezpieczenstwie - w zasadzie, krzyczał "Wheeeeeeeeeee", zdawało się, że świetnie się bawił. Pod nim, Clary Fairchild i Isabelle Lightwood próbowały zeszturchnąć go z powrotem na ziemię, używając do tego rączki od miotły. Swoją wolną ręką, Clary machała swoim rudym warkoczem, probując zainteresować tym Maxa jakby był Prezesem Miau. Max wisiał do góry nogami i najwyrazniej czuł się z tym znakomicie. Każdy był ubrany w koszulki i jeansy, ale Isabelle, oczywiście, pojawiła się w dopasowanym czarnym swetrze ubranym na plisowaną aksamitną długą spódnicę. Była jedną z niewielu osób, które czasami sprawiały, że Magnus czuł się ubrany niewystarczajaco dobrze." 

niedziela, 8 grudnia 2019

Flash Fiction #7 - "Świąteczna Kolęda Lightwoodów cz.1", czyli dlaczego mam ochotę zamordować Tatianę

Przepraszam, że w tym tygodniu nie pojawił się ani jeden post oraz że opowiadanie pojawia się dzisiaj a nie w sobotę, ale trochę przerosła mnie ilość rzeczy, którą musiałam załatwić.

"Londyn, 1889 rok

     Will Herondale był przepełniony duchem świąt, a Gideon Lightwood uważał to za bardzo irytujące.
      Tak naprawdę to nie tylko Will się tak zachowywał; on i jego żona Tessa wychowywali się w przyziemnych okolicznościach dopóki byli prawie dorośli, więc ich wspomnienia dotyczące świat Bożego Narodzenia zawierały miłe rodzinne wspomnienia i dziecinne uciechy. Budzili się z nimi do życia razem z resztą Londynu, jak co roku.
       Wspomnienia Gideona o świętach zawierały głównie przepełnione ludźmi ulice, za bardzo doprawione jedzenie oraz zapijaczonych przyziemnych kolędników, którzy wymagali ratunku od  bardziej niebezpiecznych londyńskich pierwiastków, gdy kolędowali całą noc, wierząc, że całe zło i niegodziwość zniknęły z tego świata, do momentu, w którym zostały zjedzone przez demony Kapre, zmienione w choinki. Tak dla przykładu.
        Urodzony i wychowany jak Nocny Łowca, Gideon, oczywiście, nie obchodził Bożego Narodzenia i zawsze odnosił się do londyńskiej obsesji na temat tego święta z otumanioną obojętnością. Przez większą część swojego dorosłego życia mieszkał w Idrisie, gdzie zima niosła alpejską głębię i nie dało się znaleźć świątecznej girlandy czy petardy. Zima w Idrisie zdawała się być bardziej uroczysta niż Boże Narodzenie, o wiele starsza niż Boże Narodzenie. To był dziwny aspekt Idrisu: podczas gdy większość Nocnych Łowców kończyła świętując święta ich lokalnych przyziemnych, a chociaż takie, które wylewały się na ulice z dekoracjami i publicznymi festynami, Idris w ogóle nie miał świąt. Gideon nigdy się nad tym nie zastanawiał; wydawało się oczywistym być, że Nocni Łowcy nie brali sobie urlopu. To było błogosławieństwo i przekleństwo bycie jednym z nich. Nocnym Łowcą było się cały czas.
        Nie dziwnym było, że niektórzy nie umieli tego znieść i odchodzili do przyziemnych żyć. Tak jak w zasadzie zrobił tata Willa Herondale'a, Edmund.
        Może własnie dlatego duch świąt Willa tak bardzo go irytował. W ostatnich latach polubił Willa Herondale'a i uważał go za swojego dobrego przyjaciela. Miał nadzieję, że kiedy ich dzieci będą starsze, one także się zaprzyjaźnią. Jeżeli Thomas będzie zdrowy do tego czasu. Wiedział też, że Will umyślnie przedstawiał się jako głupiutkiego i dość durnego, ale naprawdę był bystrym i wnikliwym szefem instytutu i bardzo dobrym wojownikiem.
        Ale gdy Will nalegał by pójść zobaczyć wystawy okienne na Selfridge, nie mógł przestać martwić się, że chyba, Will miał jednak zasadniczo niepoważny umysł.
- Oxford Street? Na kilka dni przed Bożym Narodzeniem? Czyś ty oszalał?
- To będzie zabawa! - powiedział Will z lekką melodią w swoim walijskim akcencie, oznaczającą, że był trochę za bardzo podekscytowany. - Wezmę Jamesa, a ty Thomasa i pójdziemy na spacer. Wypijemy po drinku w Diabelskiej Tawernie, gdy będziemy wracać, co ty na to? - Poklepał Gideona po plecach.
        Gideon nie był w Londynie od dłuższego czasu. Jako jeden z najbardziej zaufanych doradców Konsul, nie tylko mieszkał w Idrisie, ale rzadko znajdował okazje, by wyjechać. Zostawał także dlatego, by jego syn Thomas mógł oddychać świeżym powietrzem Lasu Brocelind, a nie tym z tego brudnego, zamglonego miasta.
         Tego brudnego, zamglonego miasta powtórzył w jego głowie głos jego ojca, a Gideon był za bardzo znużony, by uciszyć głos jego ojca, jak to zwykle robił, gdy Benedict wkradał się. Martwy od więcej niż dekady, a jednak ciągle nie mógł zamilknąć.
          Jego brat Gabriel także mieszkał w Idrisie, ale z mniej jasnych powodów. Możliwe, że nie chodziło tylko o złe powietrze; możliwe, że oboje byli szczęśliwsi żyjąc daleko od domu Benedicta Lightwooda. I wiedzy, że obecny mieszkaniec tego domu nie chciał rozmawiać z żadnym z nich.
         Ale teraz Gideon przybył do Londynu z Thomasem, tylko ich dwoje, zostawiwszy Sophie i dziewczynki w Idrisie. Potrzebował rady na temat Thomasa, ludzi z którymi mógł dyskretnie przedyskutować problem. Potrzebował porozmawiać z Willem i Tessą Herondale oraz konkretnym Cichym Bratem, który bardzo często mógł być znaleziony w ich pobliżu.
          W tym momencie zastanawiał się, czy to był dobry pomysł. "Porządny, orzeźwiający spacer" był dokładnie takim typem angielskiego nonsensu, którego na wpół spodziewał się usłyszeć od Willa na temat Thomasa, ale "porządny spacer wzdłuż najbardziej zatłoczonej ulicy w Londynie na trzy dni przed świętami" było na takim poziomie nonsensu, że nie był na to przygotowany.
- Nie mogę zabrać Thomasa do tego tłumu - powiedział Willowi. - Będzie poobijany.
- Nie będzie poobijany - powiedział lekceważąco Will. - Nic mu nie będzie.
- A poza tym - powiedział Gideon. - Będziemy przykuwać uwagę. Przyziemni ojcowie nie mają w zwyczaju chodzić z dziećmi w wózkach, wiesz?
- Weźmiemy naszych synów na barana - powiedział Will. - I niech Anioł ma w opiece każdego, kto będzie na to narzekał. Świeże londyńskie powietrze będzie korzyścią dla każdego z nas. A witryny mają być prawdziwym widowiskiem w tym roku.
- Świeże londyńskie powietrze - powiedział oschle Gideon - jest ciężkie jak melasa i koloru zupy grochowej. - Ale zgodził się.
            Wcześniej zostawił Thomasa w pokoju dla dzieci, gdzie Tessa pilnowała jego i Jamesa. Będąc o cały rok starszym od Jamesa, Thomas nie zawsze rozumiał co James umiał, a co nie umiał zrobić, czy zrozumieć. Tessa martwiła się, że James zostanie zraniony. Jednak Gideon bardziej martwił się o Thomasa, który ciągle był mniejszy od Jamesa, mimo różnicy wieku. Był także bledszy od Jamesa i mniej krzepki. Dopiero niedawno doszedł do siebie po swojej ostatniej okropnej gorączce, która przyprowadziła do ich domu w Alicante nieznanego im Cichego Brata, by go zbadać. Po czasie Cichy Brat oznajmił, że Thomas wyzdrowieje i wyszedł bez dalszej rozmowy.
           Ale Gideon chciał odpowiedzi. Gdy podniósł teraz Thomasa, nie mógł przestać myśleć o tym jak lekki był jego syn. Był najmniejszym z "chłopców" jak Gideon o nich myślał - o Jamesie, o synu swojego brata, Christopherze i synu Charlotte, Matthew. Urodził się za wcześnie i był malutki. Byli przerażeni, gdy dostał gorączki po raz pierwszy, przekonani, że to już koniec.
           Thomas nie umarł, ale także nie w pełni wyzdrowiał. Pozostał drobny, o słabej kondycji zdrowotnej, szybko łapał choroby. Sophie walczyła bardziej niż ktokolwiek inny, by wypić z Kielicha Anioła, aby stać się Nocną Łowczynią, ale teraz była zmuszona walczyć w o wiele cięższej bitwie ze śmiercią przy łóżku ich syna. Wciąż i wciąż od nowa.
           Wzdychając, wziął swojego syna, by złapać ich płaszcze, na ich rześki bożonarodzeniowy spacer.


***

     Jak można było przewidzieć, Oxford Street była domem wariatów wypełnionym kupującymi, powozami, obserwatorami, grupami wrzeszczących kolędników. Gideon zaraz nałożyłby na nich run niewidzialności dla Przyziemnych oczu (chociaż jedna z grup kolędników składała się ewidentnie z wilkołaków, którzy wymienili Znaczące Spojrzenia z Gideonem), ale Will oczywiście chciał upajać się przeżyciem.
    James także zdawał się być bardzo zaintrygowany hałasem i światłami, chichocząc i wykrzykując w zachwycie, widząc świąteczna scenę dookoła nich. Londyński chłopak od urodzenia, pomyślał Gideon, ale cóż, ja też byłem londyńskim chłopakiem od urodzenia, a tu jak dla mnie jest za wielkie zamieszanie. Thomas był cichy, oglądał wszystko szeroko otwartymi oczami, wczepiając się w ramiona taty. Gideon nie miał pojęcia jak bardzo osłabiony wciąż był Thomas po ostatniej gorączce a jak bardzo był przytłoczony tłumem. W pewien sposób, gdy nie był chory, Thomasem można było się bardzo łatwo zająć, że aż wprawiało to człowieka w poczucie winy; rzadko robił zamieszanie, po prostu spoglądał na świat tymi wielkimi piwnymi oczami, jakby świadom swojej bezsilności, mając nadzieję, że nie będzie zauważony.
      Will czekał aż dołączą do tłumu przy witrynie Selfridge, a sam zaczął wykrzykiwać bezsensowne okrzyki radości takie jak "Na Jowisza!" i tym podobne. Podniósł Jamesa do szyby, by mógł zobaczcie dokładnie sceny, które jak się zdawało, koncentrowały się wokół jasnowłosych dzieci jeżdżących na łyżwach po rzece. Gideon pokazywał rzeczy Thomasowi, który się uśmiechał.
      Tylko raz zatrzymali się, by kupić gorący cydr od mężczyzny, który sprzedawał go na ulicy, gdy Will powiedział:
- Słyszałem o synu Tatiany, Jesse'em. Okropna sprawa. Rozmawiałeś z nią?
       Gideon pokręcił głową.
- Nie rozmawiałem z Tatianą od prawie dziesięciu lat, ani nie byłem w domu.
       Will wydał z siebie współczujący dźwięk.
- Nie sądzę, że to zbieg okoliczności - powiedział Gideon.
- Co? - zapytał Will.
- Zbieg okoliczności - powtórzył Gideon. - że oboje mamy dzieci, które są... chorowite.
- Gideon - powiedział Will rozsądnie. - wybacz mi, że to powiem, ale to stek bzdur. - Gideon spojrzał na niego zdziwiony. - Po pierwsze, masz swoje śliczne córeczki i żadna z nich nie była częściej chora niż inne dzieci, gdy były malutkie. Po drugie, wszystko, co stało się z twoim ojcem stało się przez jego własne czyny i wydarzyły się na długo po tym jak się urodziłeś, a ani ty ani Gabriel nie byliście chorowici.
     Gideon pokręcił głową. Will był taki miły, tak chętny, by oszczędzić my konsekwencji grzechów jego rodziny.
- Nie znasz wszystkiego - powiedział. - jak wiele eksperymentów z czarną magią przeprowadzał Benedict. Trwały odkąd sięgam pamięcią. Demoniczna ospa zostaje w pamięci, ponieważ jest dosyć upiorna.
- I też tam byliśmy - powiedział Will - kiedy zmienił się w gigantycznego robaka.
- To także - powiedział Gideon ponuro. - Ale dwoje chorowitych synów, małych i delikatnych... Nie mogę powiedzieć z pewnością, że to zbieg okoliczności, że nie ma to nic wspólnego z grabieżą mojego ojca. Nie mogę ryzykować takiej możliwości. - Spojrzał na Willa błagalnie. - Stanie się chorym zajęło Jesse'emu lata - powiedział - a Thomas ostatnimi czasy tak często choruje.
       Zapadła głęboka cisza. Will odezwał się cicho:
- Brzmisz jakbyś planował coś zrobić.
- Bo to prawda - powiedział Gideon z westchnieniem. - Muszę przejrzeć dokumenty mojego ojca, jego zapiski tego, co nazywał swoim "dziełem". Są w Chiswick, a ja muszę tam pójść i poprosić o nie Tatianę.
- Zobaczy się z tobą? - zapytał Will.
    Gideon znowu pokręcił głową.
- Nie wiem. Miałem nadzieję, że jej złość przez lata osłabienie i uraza. Miałem nadzieję, że fakt, iż Clave dało jej wszystkie pieniądze i posesje mojego ojca pomoże jej znaleźć spokój.
- Cóż - powiedział Will. - Jeżeli pójdziesz, musisz absolutnie zostawić Thomasa z nami.
- Nie chciałbyś by poznał swoją ciocię? - zapytał Gideon niewinnie.
     Will spojrzał na niego poważnie.
- Nie chciałbym, żeby on, czy którekolwiek z moich dzieci znalazło się na ziemiach tego domu!
    Gideon był zaskoczony.
- Dlaczego? Co z nim zrobiła.
       Will powiedział ponuro:
- Chodzi o to, czego nie zrobiła.

***

     Gideon mógł zrozumieć, o co chodziło Willowi. Tatiana nie zrobiła nic z domem. Nic, żeby zmienić, oczyścić, czy zachować go w jakikolwiek sposób. Zamiast go odrestaurować, czy na nowo udekorować według jej własnych upodobań, Tatiana pozwoliła mu zgnić, czerniejąc i opadając na siebie, upiorny pomnik upadku Benedicta Lightwooda. Okna były zamglone, jakby mgła kłębiła się wewnątrz; labirynt był czarną i poskręcaną ruiną. Gdy otworzył bramę, zawiasy zaskrzypiały jak torturowana dusza. Nie świadczyło to dobrze o emocjonalnym stanie jego mieszkańca.
      Gdy Benedict Lightwood zmarł w niełasce przez późne stany demonicznej ospy, a cała historia jego hańby została poznania przez Clave, Gideon ukorzył się. Nie chciał odpowiadać na pytania, ani słyszeć fałszywego współczucia dla zniszczenia jakie spotkało jego rodzinę. Nie powinien był się przejmować. Już znał prawdę o swoim ojcu. Jednak to wbijało się w jego dumę, a przecież nie powinien mieć już żadnej dumy w swoim oczernionym nazwisku.
     Dom i fortuna zostały zabrane dzieciom Benedicta na rozkaz Clave. Gideon ciągle pamiętał jak dowiedział się, że Tatiana oskarżyła jego i Gabriela o "zamordowanie" ich ojca. Clave na początku zabrało ich majątek, ale później ukazało jaka była sytuacja: Tatiana Blackthorn napisała do Clave, aby fortuna Benedicta została przekazana jej razem z rodowym domem Lightwoodów w Chiswick. Teraz była częścią rodziny Blackthorn, nie nosiła splugawionego nazwiska. Podczas procesu wydała wiele oskarżeń wobec swoich braci. Clave powiedziało, że rozumie, iż Gabriel i Gideon nie mieli wyboru i musieli zabić potwora, którym stał się ich ojciec, ale technicznie rzecz biorąc, Tatiana miała rację. Clave było skłonne dać Tatianie cały spadek Lightwoodów, w nadziei, że zakończą sprawę.
- Będę walczyć - Charlotte powiedziała Gideonowi, jej małe dłonie ściskały jego rękaw a usta były zaciśnięte.
- Charlotte, nie - błagał Gideon. - Masz tyle innych bitw do starcia. Gabriel i ja nie potrzebujemy niczego z tych splamionych pieniędzy. To nie ma znaczenia.
     Pieniądze nie miały wtedy znaczenia.
     Gabriel i Gideon przedyskutowali problem i zdecydowali, że nie będą  rywalizować z jej próbami. Ich siostra była wdową. Mogła mieszkać w byłej rezydencji Lightwoodów w Chiswick w Anglii oraz w rezydencji Blackthornów w Idrisie i proszę bardzo. Gideon miał nadzieję, że ona i jej syn będą szczęśliwi. Tak naprawdę wspomnienia Gideona o tym domu były, delikatnie rzecz ujmując, ambiwalentne.
    Teraz czekał przed frontowymi drzwiami, farba, którą były pokryte, w większości już odeszła, z głębokimi żłobieniami w niektórych miejscach jakby jakieś dzikie zwierze chciało się dostać do środka. Może Tatiana w pewnym momencie zamknęła się w środku. Po czasie drzwi otworzyły się, ale za nimi nie stała jego siostra, a dziesięcioletni chłopiec, spoglądający posępnie. Miał czarne włosy, które odziedziczył po ojcu, którego nigdy nie poznał, ale był wysoki jak na swój wiek, wątły, o zielonych oczach.
     Gideon zamrugał.
- Ty musisz być Jesse.
     Oczy chłopca zwęziły się.
- Tak - odpowiedział. - Jesse Blackthorn. A pan jak się nazywa?
      Jesse, jego siostrzeniec, po tyłu latach. Gideon wiele razy prosił, żeby mógł zobaczyć Jesse'ego, gdy był dzieckiem. On i Gabriel próbowali pójść do Tatiany, gdy urodziła dziecko, ale nie chciała żadnego z nich widzieć.
      Gideon wziął głęboki wdech.
- Cóż - powiedział. - Tak się składa, że jestem twoim wujkiem Gideonem. Bardzo się cieszę, że mogę cię w końcu poznać. - Uśmiechnął się. - Zawsze miałem nadzieję, że to się wydarzy.
     Mina Jesse'ego się nie poprawiła.
- Mama mówi, że jesteś bardzo nikczemnym człowiekiem
- Twoja matka i ja - powiedział Gideon z westchnieniem - mamy bardzo.... skomplikowaną przeszłość. Ale rodzina powinna znać siebie nawzajem, a także dobrych Nocnych Łowców.
     Chłopiec dalej wpatrywał się w Gideona, ale jego mina stała się trochę bardziej przyjazna.
- Nigdy nie poznałem innych Nocnych Łowców - powiedział. - Innych niż mama.
    Gideon myślał o tym momencie wiele razy, ale teraz nie wiedział, co powiedzieć.
- Ty... jak wiesz... Chciałem Ci powiedzieć. Słyszeliśmy, że twoja mama nie chce, żebyś miał nałożone runy. Powinieneś wiedzieć... Zawsze jesteśmy najpierw rodziną. I jeżeli nie chcesz mieć nałożonych runów, reszta twojej rodziny będzie cię wspierać w tej decyzji. Razem z... innymi Nocnymi Łowcami. - Nie był pewien, czy Jesse znał chociaż nazwę Clave.
     Jesse wyglądał na zaniepokojonego.
- Nie! Będę je mieć. Chcę tego! Jestem Nocnym Łowcą.
- Tak jak twoja mama - wymamrotał Gideon. Poczuł, że jest mała szansa. Tatiana mogła zniknąć, jak Edmund Herondale, zostawić całkowicie Świat Cieni, żyć jak przyziemny. Nocni Łowcy czasami tak robili; chociaż Edmund zrobił to z miłości, Tatiana mogła zrobić to z nienawiści.
     Ukucnął, by być bliżej chłopca. Zawahał się, a później wyciągnął rękę w stronę ramienia Jesse'ego. Jesse odsunął się, unikając jego dotyku jakby od niechcenia, a Gideon na to pozwolił.
- Jesteś jednym z nas - powiedział Gideon cicho.
- Jesse! - głos Tatiany dobiegł od strony schodów. - Odsuń się od tego człowieka!
    Jak gdyby szturchnięty igłą, Jesse odskoczył od Gideona i wycofał się bez dalszych słów w zacienione zakamarki domu.
      Gideon patrzył w przerażeniu jak jego siostra Tatiana schodzi po schodach. Miała na sobie różową suknię, mającą więcej niż dziesięć lat. Była poplamiona krwią, która, jak wiedział, także miała ponad dziesięć lat. Twarz Tatiany była ściągnięta i wynędzniała jak gdyby była tam wyryta zmarszczka, niezmieniona przez lata.
     Och, Tatiana. Gideona zalała dziwne połączenie uczucia współczucia i wstrętu. To już od dawna nie była żałoba. To było szaleństwo.
      Zielone oczy jego młodszej siostry zatrzymały się na nim, zimne jakby był kimś obcym. Jej uśmiech był jak nóż.
- Jak widzisz, Gideonie - powiedziała. - Jestem ubrana jak na przyjęcie gości. Nigdy nie wiesz, kto może wpaść z wizytą.
      Jej głos także był zmieniony: szorstki i trzeszczący z braku użycia.
- Przyszedłeś, żeby przeprosić? - ciągnęła. - Nie znajdziesz oczyszczenia z rzeczy, które zrobiłeś. Ich krew jest na twoich rękach. Mojego ojca. Mojego męża. Na twoich rękach i rękach twojego brata.
A jak to możliwe? Chciał ją zapytać Gideon. Nie zabił jej męża. Ich ojciec to zrobił, zamieniony przez chorobę w przerażającą demoniczną kreaturę.
       Ale Gideon czuł hańbę oraz winę tak samo jak żałobę, tak jak tego chciała. To on pierwszy uciął więzy ze swoim ojcem i z jego spuścizną. Benedict nauczył ich, by trzymać się razem, nie ważne za jaką cenę, a Gideon odszedł. Jego brat został dopóki nie zobaczył dowodu zepsucia ich ojca, któremu nie mógł zaprzeczyć.
        Jego siostra pozostała nawet teraz.
- Jest mi przykro, że nas obwiniasz - powiedział Gideon. - Gabriel i ja chcieliśmy jedynie twojego dobra. Czy... przeczytałaś nasze listy?
- Nigdy nie przepadałam za czytaniem - powiedziała cicho Tatiana.
       Przechyliła głowę, a po chwili Gideon zrozumiał, że to jedyne zaproszenie do środka jakie może mu dać. Przeszedł nerwowo przez próg, a gdy Tatiana nie nawrzeszczała na niego od razu, wszedł głębiej.
       Tatiana poprowadziła go do pomieszczenia, które kiedyś było gabinetem ich ojca, rzeźba zrobiona z kurzu i zniszczenia. Odwrócił wzrok od podartej tapety, przed oczami mignął mu napis na ścianie mówiący: BEZ LITOŚCI.
- Dziękuję, że zechciałaś się ze mną zobaczyć - powiedział Gideon, zajmując miejsce naprzeciwko niej. - Jak się miewa Jesse?
- Jest bardzo wątły - powiedziała Tatiana. - Nefilim tacy jak ty chcą nałożyć na niego runy, ponieważ planują zabić mojego syna tak jak zabili każdą inną osobę, którą kochałam. Masz miejsce w Radzie, czyż nie? W takim razie jesteś jego wrogiem. Nie wolno ci się z nim zobaczyć.
- Nie zmusiłbym go do nałożenia runów - zaprotestował Gideon. - Jest moim siostrzeńcem. Tatiano, jeżeli jest tak bardzo chory, może powinni go zobaczyć Cisi Bracia? Jeden z nich jest bliskim przyjacielem i mógłby przyjść zobaczyć Jesse'go w naszym domu. A Jesse mógłby poznać swoich kuzynów.
- Pilnuj własnego domu, Gideonie - odparowała Tatiana. - Nikt nie spodziewa się, że twój syn dożyje wieku Jesse'ego, prawda?
      Gideon ucichł.
- Jak sądzę, chcesz żeby Jesse poślubił jedną z twoich córek bez grosza przy duszy - ciągnęła Tatiana.
      Teraz Gideon był bardziej zdezorientowany niż urażony.
- Jego siostry cioteczne? Tatiana, oni są bardzo małymi dziećmi...
- Ojciec planował dla nas sojusze, gdy byliśmy dziećmi - wzruszyła ramionami. - Jak bardzo, by się ciebie wstydził. Jak ma się twoja robaczywa służąca?
       Gideon uderzyłby każdego mężczyznę, który nazwałby tak Sophie. Poczuł jak wściekłość, którą znał w dzieciństwie, gotuje się w nim, ale desperacko nauczył się kontroli. Wymusił na sobie teraz całą tą kontrolę. Robił to dla Thomasa.
 - Moja żona Sophia ma się bardzo dobrze.
        Jego siostra pokiwała głową, niemal miło, ale jej uśmiech szybko zamienił się w grymas.
- Wystarczy tych uprzejmości. Przyszedłeś po coś do Chiswick, zgadza się? Mów. I tak wiem, czego chcesz. Twój syn umiera, a ty potrzebujesz pieniędzy, by zakupić brudne lekarstwa Podziemnych. Jesteś tutaj jako żebrak z kapeluszem w ręku. Więc błagaj.
     To było dziwne: jej widoczne, niezaprzeczalne szaleństwo Tatiany sprawiało że jej zniewagi oraz impregnacje stały się o wiele łatwiejsze do zniesienia. O czym ona w ogóle mówiła? Jakie leki Podziemnych? Jak lekarstwa mogły być brudne?
      Czy Benedict zniszczył także Tatianę? A może zawsze taka była? Ich matka zabiła się, ponieważ ich ojciec zaraził ją demoniczną chorobą. Ich ojciec zmarł w wyniku tej samej choroby w niełasce i zgrozie. Will Herondale mógł uznać to wszystko za nonsensowne, ale czy naprawdę zbiegiem okoliczności syn Tatiany i jego byli obaj chorowici? A może była to jakaś słabość w ich własnej krwi, pewnego rodzaju kara zadana przez Anioła, który widział jacy naprawdę byli Lightwoodowie i ich osądził?
- Nie potrzebuje pieniędzy - powiedział Gideon. - Jak sama dobrze wiesz, Cisi Bracia są najlepszymi doktorami a ich usługi są zawsze dla mnie darmowe. Tak jak dla ciebie - podkreślił.
- Więc czego? - zapytała. Przechyliła lekko głowę.
- Dokumentów ojca - powiedział szybko Gideon. - Jego dzienników. Sądzę, że przyczyna choroby mojego syna może się tam znajdować. - Zauważył, że nie chce wypowiedzieć imienia Thomasa przed swoją siostra jakby mogła zdecydować, aby je zaczarować.
- Mężczyzny, którego zdradziłeś? - wysyczała Tatiana. - Nie masz do nich prawa.
     Gideon pochylił głowę. Był na to przygotowany.
- Wiem - skłamał. - Zgadzam się. Ale potrzebuje ich dla dobra mojego dziecka. Masz Jesse'ego. Pomimo naszych różnic, musisz chociaż zrozumieć, że oboje kochamy nasze dzieci. Musisz mi pomóc, Tatiano. Błagam cię.
      Sądził, że Tatiana se uśmiechnie lub zaśmieje okrutnie, ale ona tylko wpatrywała se w niego niewzruszonym, bezmyślnym spojrzeniem niebezpiecznego węża.
- A co dla mnie zrobisz? - zapytała. - Jeżeli pomogę?
     Gideon mógł się tego spodziewać. Kazać Clave zostawić ją w spokoju, dać jej postępować z Jesse'em tak jak chce, dla przykładu. Ale w szaleństwie Tatiany kto mógł się spodziewać, co wymyśli.
- Wszystko  - powiedział ochryple.
     Podniósł głowę i spojrzał na nią, na zielone oczy jego matki w bezlitosnej twarzy swojej siostry. Tatianę, która zawsze niszczyła swoje zabawki, zamiast się nimi dzielić. Czegoś w niej brakowało, tak jak zawsze brakowało w ich ojcu.
      Teraz się uśmiechnęła.
- Mam w głowie odpowiednie zadanie - powiedziała.
       Gideon przygotował się.
- Po przeciwnej stronie ulicy - zaczęła Tatiana - mieszka przyziemny kupiec. Ten mężczyzna ma psa, niespotykanej wielkości oraz narowistym temperamencie. Dość często pozwala psu biegać wolno po sąsiedztwie i oczywiście przychodzi prosto tutaj, by psocić.
      Zapadła długa cisza. Gideon zamrugał.
- Pies?
- Zawsze sprawia problemy na mojej posesji - odburknęła Tatiana. - Kopie w ogródku. Zabija ptaki.
       Gideon był pewny, że Tatiana nie miała ogrodu. Kiedy szedł, widział w jakim stanie są ziemie, pozostawione by popaść w ruinę jako pomnik ruiny, tak samo jak sam dom.
       Na pewno nie było tutaj ptaków.
- Zniszczył szklarnię - ciągnęła. - Przewraca drzewa owocowe, rzuca kamieniami przez okna.
- Pies - powtórzył Gideon, by się upewnić.
       Tatiana utkwiła w nim swoje przeszywające na wskroś spojrzenie.
- Zabij psa - powiedziała. - Przynieś mi dowód, że to zrobiłeś, a dokumenty będą twoje.
        Gideon odpowiedział:
- Co?" (tłumaczenie własne)


Nawet nie macie pojęcia jakimi epitetami nazywałam Tatianę podczas czytania tej historii. A ten rysunek jest taki słodziutki *-*


Źródło: https://cassandraclare.tumblr.com/post/188792054119/cassandra-jeans-illustration-for-this-months

niedziela, 1 grudnia 2019

Kto będzie narratorem w "Chain of Gold" i co to oznacza?

Wg słów Cassandry sceny będą przedstawione z perspektywy Cordelii, Lucie i Jamesa, bo jak sama mówi, uważa, że w QOAAD dała trochę za dużo POV, dlatego teraz tylko trzy. Jednak... będziemy mieć jeszcze jedną scenę z perspektywy Matthew i flashback opowiedziany przez Thomasa.

Może trochę żal, że nie będzie więcej Matthew, czy coś z perspektywy Anny, ale.... Pamiętacie scenę, którą przetłumaczyłam rok temu w czerwcu? O tę?

"Wziął głęboki wdech i przeszedł przez podłogę, na której było pełno ostrzy i gwiazdozbiorów, by stanąć przy boku drugiego chłopaka. Stanął przy schodach, patrząc w dół.
- Ale oczywiście - powiedział bardzo delikatnie. - twoje uczucia są odwzajemnione.
   Pochylił się nad nim, unosząc jego brodę. Ich usta się spotkały. Drugi chłopak wydał z siebie miękki dźwięk, niemal jak poddanie się, wijąc się pod jego ciałem. Przesunął dłoń na jego szyję i pociągnął go w dół na schody."

Ma ona wydarzyć się właśnie w "Chain of Gold" i jest przedstawiona z perspektywy chłopaka. W takim razie mamy trzech kandydatów: Jamesa, Matthew i Thomasa.

1. James? Sądzę, że to nie on, bo on już ma swoje problemy miłosne z Grace i Cordelią, więc nie sądzę, że jeszcze dostaniemy chłopaka... Chociaż kto tam wie. Cassandra jest nieobliczalna.

2. Matthew? To już mi pasuje, zwłaszcza, że on ma wokół siebie taką bisexual vibe jak dla mnie. Tylko z kim? Wiemy, że on bardzo często jest pijany i wraca z malinkami na szyi czy odpiętymi kamizelkami i koszulami... Może to opis jakiegoś jego wypadu na miasto? A może to...

3. Thomas? Z tego, co Cassie kiedyś mówiła Thomas nie będzie miał love interest na początku książki, czyli odpada mój pomysł, że to jego pocałunek z Alastairem, kiedy byli w Akademii. A może coś się wydarzyło, gdy był w Hiszpanii? A może to jego pocałunek z Matthew? Kto wie...

sobota, 30 listopada 2019

Flash Fiction #6 - Lucie Herondale spotyka ducha



"Londyn, 1897 rok

- Istnieje wiele rodzajów duchów - powiedziała Jessamine. - ale zazwyczaj zawierają się w trzech kategoriach. Głownie znasz duchy takie jak ja, które są dobre i piękne oraz mają cudowne osobowości.
     Lucie niemal prychnęła, ale na szczęście zdawało się, że Jessamine tego nie zauważyła. Znajdowały się na dziedzińcu Instytutu, gdzie Lucie bawiła się, unikając swojej rodziny. Woolsey Scott przychodził na herbatę, a oni byli zajęci przygotowaniami oraz chowaniem srebra - jak wszystkie wilkołaki, był na nie uczulony. Lucie nie miała nic przeciwko Woolsey'owi Scottowi, poza tym, że jak większość dorosłych, wizytujących Instytut był okropnie nudny i zawsze, gdy na nią patrzył, czuła się jakby oceniał ją przez jej nieład i jej poplamione atramentem palce. Wymknęła się do ogrodu, a gdy nikt nie przyszedł, by ją zabrać, stwierdziła, że jest bezpieczna.
     Może stwierdzili, że nadchodzący deszcz sprawi, że wróci do środka. Niebo było ciężkie od ciemnych chmur, i chociaż deszcz jeszcze się wstrzymywał, powietrze było przepełnione charakterystycznym zapachem, zwiastującym nieuniknione.
     Wymyśliła grę do historii, którą ostatnio tworzyła. Była o wysoko urodzonej młodej dziewczynie, która została zmuszona do zostania królową piratów, by uratować jej porwanych rodziców i odkryła, że ma do tego żyłkę. Lucie biegała po ogrodzie, machając pomiędzy krzakami, wyobrażając sobie, że jest piracką królową, której żeglarze wznieśli bunt. Kluczem było wyglądanie na głęboko zasmuconą, niesamowicie tragiczną, a następnie obrócić się szybko, dźgając patykiem, którego używała jako szablę.
      Zatrzymała się, by wymyślić, czy królowa powinna zauważyć srebrną maskę czy czarną, gdy Jessamine, duch rezydujący w Instytucie, przybyła, spływając z wyżej znajdującego się okna, jak wyrwana kartka, spadająca na wietrze.
      Lucie znała Jessamine całe swoje życie i rozumiała, że Jessamine przyjaźniła się z jej rodzicami, kiedy była żywa, chociaż żadne z nich nigdy nie opowiedziało jej całej historii. Lucie myślała o Jessamine głównie jak o części mebli, pływającej obecności, która wydawała się rada z przepływania przez korytarze instytutu oraz okazjonalnego krytykowania nowego, nowoczesnego wystroju oraz wyborów ubraniowych taty Lucie.
- Witaj, Jessamine - powiedziała teraz Lucie. Była rozczarowana, podobała jej się jej gra. Miała nadzieję, że zapamięta wszystkie detale królowej piratów oraz buntu, by mogła zapisać je, gdy wróci do środka.
- Lucie - powiedziała Jessamine. - Sądzę, że nadszedł czas, by porozmawiać z tobą o duchach.
- Teraz? - zapytała Lucie w konsternacji.
     Jessamine spojrzała na niebo.
- To odpowiednia pogoda dla duchów - powiedziała. - A teraz posłuchaj. Niektóre duchy pozostają pośród żywych, ponieważ trzyma ich jakaś niedokończona sprawa. Niektórzy zostają, by ochraniać tych, których kochają. A jeszcze niektórzy pozostają przez nienawiść, złe zamiary, rozgoryczenie. - Zmierzwiła włosy Lucie; odczucie było takie jakby zrobił to wiatr. - Musisz nauczyć się jak ignorować ten typ duchów. Odwróć się od nich. One karmią się twoim strachem. Bez twojego strachu nie mogą ci nic zrobić.
- Zapamiętam - wymamrotała Lucie.
      Jessamine pochyliła głowę.
- Mam nadzieję - powiedziała i zniknęła tak niespodziewanie jak się pojawiła.
      Lucie założyła, że Jessamine stała się duchem, by chronić tych, których kochała, ale i tak była bardzo dziwna. Trochę bardziej niepewna, wróciła do swojej zabawy. W oddali dało się słychać odgłosy, które mogły być grzmotami, albo tylko hałasami Londynu.
       Jej zabawa wyprowadziła ją z dziedzińca i trochę wzdłuż drogi. Ulica była niemal pusta, ale w pewnym momencie Lucie obróciła się, by skonfrontować się z bosmanem, który tylko udawał, że był wobec niej lojalny, podczas gdy tak naprawdę pracował dla zbuntowanego pierwszego oficera i niemal dźgnęła prawdziwą osobę. Wciągnęła gwałtownie powietrze i zrobiła krok w tył.
- Bardzo przepraszam! - wykrzyknęła. - Nie wiedziałam, że pani tu była.
       Kobieta, która stała przed nią miała na sobie ciemną szarą wiktoriańską suknię, która sprawiała, że kobieta wyglądała na staromodnie ubraną nauczycielkę. W swoich zakrytych rękawiczkami dłoniach trzymała zniszczoną, czarną torbę podróżną. Jej twarz była chuda, blada i mizerna, a włosy rozczochrane.
       Lucie czekała niezręcznie, niepewna co powiedzieć. Powinna była zostać na ziemiach należących do Instytutu, gdzie czar ochronny pilnował, by przyziemni się tam nie pojawili. Kobieta spojrzała na nią, a Lucie zastanawiała się, czy może czasem nie jest przyziemną. Ale nie miała na sobie runów, więc nie była Nocną Łowczynią. Czy mogła być Podziemną? Nie widać było na niej żadnych zewnętrznych śladów na bycie faerie, czarownicą, czy wilkołakiem, a chociaż była blada, stała w świetle słonecznym, więc nie mogła być wampirem.
- Muszę cię o coś zapytać, mała dziewczynko. - Głos kobiety był szorstki, jakby nie mówiła przez długi czas. - Czy twoi rodzice nie szukają guwernantki? Jestem wyśmienitą guwernantką.
       Wyciągnęła kartkę papieru - prawdopodobnie swoje referencje - ale uwagę Lucie przyciągnęła jej dłoń.
        Już nie była okryta rękawiczką. Teraz była szkieletowa, kość biała jak śnieg. Ciemna, czerwona krew spływała po końcach jej palców, mocząc papier.
        Lucie cofnęła się, nie umiejąc złapać oddechu.
- Jesteś duchem - wydusiła, nie zamierzając tego powiedzieć. Ale duch nigdy wcześniej nie podszedł do niej na ulicy jak teraz, a na pewno nie taki z kościstymi dłońmi. Znowu spojrzała na twarz ducha. Była wychudła, trochę zniekształcona i to ją przeraziło.
- Nie możesz mnie oszukać - powiedziała Lucie, starając się brzmieć  odważnie. - Widzę, kim jesteś.
- Jaka mądra mała dziewczynka. - Chrapliwy głos ducha przybrał niemiły ton. - Nie lubię mądrych małych dziewczynek. Kiedyś zajmowałam się szóstką takich. Oszukiwały mnie i drwiły ze mnie. Pewnej nocy poszłam do ich pokoju i dźgnęłam każdą z nich po kolei w ich mądre, małe serca.
       Krew Lucie stała się zimna. Duch wyciągnął rękę, jakby chciał dotknąć serca Lucie, a ona odwróciła się i pobiegła w kierunku domu. Pamiętała, co powiedziała jej Jessamine, ale jak mogła się nie bać? Czuła obecność ducha za nią, dreszcze na karku. Lucie prawie dotarła do bramy, gdy potknęła się o wystający kamień i upadła zadrapując sobie kolano na chodniku.
        Duch podpłynął bliżej, sięgając jakby chciał jej pomóc.
- Mogłabyś być moją nowa uczennica.
     Lucie odsunęła się.
- Stop! Odsuń się!
     W zaskoczeniu zauważyła, że duch odsunął się gwałtownie, wyglądając na zaskoczonego. Może małe dziewczynki nie miały w zwyczaju na niego krzyczeć. Lucie miała właśnie zacząć krzyczeć o pomoc, ale pomoc już dotarła.
     Jessamine spłynęła z nieba i stanęła pomiędzy Lucie a kobietą. Ale to była Jessamine jakiej Lucie nigdy wcześniej nie widziała: Anioł zemsty, wiszący nad Lucie oraz kobietą-duchem, a lodowata furia była widoczna na jej twarzy. Lucie wciągnęła gwałtownie powietrze, gdy Jessamine uniosła ręce jakby miała rozpocząć przerażające zaklęcie.
- Nie - jęknęła kobieta, jej usta rozszerzały się szeroko, ukazując ciemność. - Nie wiedziałam, że było chronione. Nie wiedziałam...
- Odpłyniesz stąd - rozkazała Jessamine i nawet jej głos był inny, głęboki i dziki jak uderzające o brzeg fale. - Zostawisz to miejsce, wstrętna duszo!
      Duch skulił się na chwilę, a następnie zamienił się w nicość.
      Lucie leżała na ścieżce w ogrodzie, wpatrując się w Jessamine, która skurczyła się do swoich normalnych rozmiarów.
- Przestań się gapić Lucie, zrobią ci się od tego zmarszczki. Chodź, wstawaj. - Jej normalna mina powróciła, śliczna, dystyngowana i odległa.
- Dziękuję - powiedziała Lucie słabo.
- Uważaj na to jak idziesz - powiedziała Jessamine surowo. - I przestrzegaj tego, co ci powiedziałam. Istnieje więcej niż jeden rodzaj duchów. - Po tych słowach uniosła się w górę i zniknęła.
     Lekcja pozostała z Lucie przez długu czas. Nigdy nie winiła Jessamine za brak wiedzy o czwartym rodzaju duchów. A nawet gdyby wiedziała, nie udałoby się jej przygotować Lucie na fakt, że spotkanie go zmieni jej życie na zawsze"