Weszłam sobie parę dni temu na bloga Cassie, a tam znalazłam posta, w którym nasza kochana pisarka napisała, że Magnus i Alec wezmą ślub i będą mieli dzieci!
Ale czy oni je adoptują? No bo chyba tylko to mogą zrobić, prawda?
Ale ich ślub!!! Ciekawe, czy Magnus będzie miał na sobie pomarańczowy smoking.
Oj ta scena na pewno by mi się spodobała. I to bardzo. :) A Wam?
niedziela, 6 lipca 2014
czwartek, 3 lipca 2014
Jace, Alec i Magnus na plaży :)
Zważywszy na to, że od kilku dni są już wakacje (nareszcie!) mam dla Was pewien obrazek przedstawiających Jace'a, Aleca i Magnusa, wypoczywających na plaży.
Och ten Infernal Device... Czy Alec nie umie pływać, założył się z Magnusem, czy po prostu jego ukochany chciał mu zrobić kawał?
Nie wiem, ale mnie ta scena strasznie się podoba. :)
sobota, 28 czerwca 2014
Połowa I rozdziału "Przeznaczonych..."(mojej książki)
Mimo że nie skończyłam jeszcze pisania I rozdziału, wstawiam tutaj połowę(myślę, że to będzie połowa :) ). Od jakiegoś czasu zastanawiałam się jaki tytuł nadam tej serii (mam nadzieję, że starczy mi zapału i pomysłów na stworzenie trylogii, albo czegoś dłuższego) i wymyśliłam nazwę "Przeznaczeni...".
I porzuciwszy gniew
I porzuciwszy gniew, nadzieję, pychę,
Wolni od pragnień i wolni od burz,
Dziękczynnych westchnień ślemy modły ciche.
Rozdział I
Wolni od pragnień i wolni od burz,
Dziękczynnych westchnień ślemy modły ciche.
Algernon Charles
Swinburne, Ogród Prozerpiny
( Przełożył Wilam Horzyca)
Marzec 1880 rok,
Londyn
Nóż utknął dokładnie w środku okręgu.
William Butlerin odgarnął z twarzy mokre od potu czarne włosy. W tym pokoju
zawsze najlepiej mu się myślało. Mógł oderwać się od całego zamętu w jego
życiu.
Jeszcze nie dawno nie różniło się ono
zbytnio od egzystencji każdego Boskiego Mówcy, ale wszystko się zmieniło parę
miesięcy temu, kiedy jego najlepsza przyjaciółka dosłownie zniknęła. Wszyscy
szukali jej przez wiele dni, tygodni, które przeradzały się w miesiące, ale w
zamian nie dostali nawet strzępu jakiejkolwiek informacji. Chłopak spędził
wiele nocy na zastanawianiu się co się dzieje z jedyną osobą na świecie, która
umiała czytać z jego twarzy jak z książki. Tylko kiedy był sam pozwalał sobie
na momenty melancholii i refleksji. Przy innych zachowywał się jak
najnormalniej się dało zważywszy na to, że jedna z najlepszych Boskich
Mówczyni, a do tego bardzo młoda dama została porwana. Chłopak chodził
wszędzie, pytał o nią wszystkich. Jednak nie dowiedział się niczego
interesującego.
Kiedy zamykał oczy ciągle widział jej
przejętą twarz kiedy coś działo się z jednym z jej ulubionych bohaterów
książkowych, które przeradzało się w przerażenie kiedy chłopak wchodził do
pokoju i krzyczał, że bohater, o którym dziewczyna akurat czytała nie żyje.
Potem oczywiście dostawał tą książką po głowie, ale było to warte ujrzenia jak
jej oczy jaśnieją w mroku.
Teraz William to utracił. Kiedyś większą
część dnia spędzał na rozmowach z przyjaciółką, a resztę na treningu. Teraz nie
miał co robić, więc cały dzień przesiadywał w sali treningowej, nazywanej przez
domowników Płótnem, wyładowując swoją frustrację i strach na ścianach i meblach
w pomieszczeniu.
- Znowu niszczysz dom, Will? -
zapytał ktoś zza jego pleców. Był to damski głos. William powoli się odwrócił.
W drzwiach stała wysoka dziewczyna, ubrana w czerwoną suknię. Jej jasne włosy
spięte były w wysoki kok, z którego wymykały się niesforne loki. Jej błękitne
oczy wpatrywały się w nóż nadal wbity w krąg. – Jeśli nie znajdziesz innego
sposobu na rozładowanie gniewu to za niedługo będziemy musieli przestać używać
tego pokoju, ponieważ jeszcze nam się dach zwali na głowy.
- Ja nie niszczę. Ja buduję.
- A niby co?
- Nowe mięśnie na brzuchu i
barkach.
- Bardzo śmieszne. –
odpowiedziała gniewnym tonem, ale z uśmiechem. Jednak kiedy zobaczyła, że
chłopak dalej jest smutny, zniknął z jej twarzy.
- Oj rozchmurz się. A tak w
ogóle to…
- Will! Julia! Schodźcie na
dół! – ktoś krzyknął z dołu.
- Wiesz o co może chodzić? –
zapytał chłopak. Jednak było widać, że nie jest zbytnio zainteresowany
odpowiedzią. Stał chwilę bez ruchu, czekając aż Julia coś powie. Jednak nic nie
usłyszał.
- Juliet…? – tak młodzieniec
nazywał Julię, kiedy chciał ją zdenerwować. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Był
pusty. Z westchnieniem chłopak zszedł po schodach do bawialni.
Na parterze było ciemno. Ani jedna świeca
nie była zapalona. Chłopak zaczął odczuwać niepokój. W domu nigdy nie było
ciemno. Zaczął iść na oślep do bawialni, dotykając ściany opuszkami palców. Po
paru chwilach poczuł, że wszedł na perski dywan. Był na miejscu. Ale dalej było
ciemno. Powoli zaczynał się bać. „A jeśli coś się stało. Może teraz osoba,
która porwała Char przyszła zabrać resztę osób, dzięki, którym nie wpadłem w
paranoję.”- myślał chodząc po ciemnym pokoju. Nagle uderzył o coś nogą. To
„coś” miało bardzo dziwny kształt i przypominało trochę… . Nagle chłopak usłyszał szepty, a po chwili
wszystkie światła rozbłysły.
- Niespodzianka! - usłyszał.
Zaczął mrugać załzawionymi oczami. Kiedy już widział wyraźnie zorientował się,
że wpadł na stopę mężczyzny, który stał przed nim. Był wysoki, barczysty, o
prostych, czarnych włosach i fiołkowych oczach. Obok niego stała kobieta.
Sięgała mu do podbródka. Była drobna i szczupła. Jej gęste brązowe, kręcone
włosy okalały jej twarz, a w zielonych oczach czaiły się wesołe iskierki, ale
jeśli lepiej się przyjrzało to widać w nich było lekką obawę.
- Mamo, tato, o co chodzi?
- A jak myślisz?- zapytał
wysoki mężczyzna, o czekoladowych oczach i włosach. Obok niego stała Julia oraz
jej brat bliźniak John. Obydwoje mieli takie same blond włosy i błękitne oczy.
- Nie wiem Teodorze.
- Jaki jest dzisiaj dzień?-
zapytał tata Willa.
- Piątek.
- A data?
- 19 marzec 1880 rok.
- Czyli….?- widząc puste
spojrzenie syna jego tata powiedział – Twoje siedemnaste urodziny.
- Rzeczywiście.
- Zapomniałeś kiedy są twoje
urodziny syneczku?- zapytała z czułością jego mama.
- Nie mamuś. Po prostu nie
sądziłem, że będziemy je świętować.
- Dlaczego, by nie?
- Char zaginęła, nie wiemy co
się z nią dzieje. Nie sądzę, żeby to był dobry czas na zabawy.
- To, że twoja najlepsza
przyjaciółka zaginęła... - widząc, napinające się ramiona Willa kobieta
powiedziała - Leonard!- ostrzegła męża.
- Co, Lucie?- szepnął - musimy
z nim porozmawiać…
- To, że nasza siostra
zniknęła, nie oznacza, że musimy pogrążać się całkowicie w rozpaczy. -
powiedziała Julia - Nam też jest bardzo ciężko, ale nie możemy myśleć 24
godziny przez całe dnie tylko o tym, bo naprawdę możemy tego psychicznie nie
wytrzymać. A więc, stwierdziliśmy, że najlepiej dla wszystkich będzie jeśli
choć na chwilę wszyscy będziemy świętować. A nie ma na to lepszej okazji niż
urodziny.
- No nie wiem. Lepszym może
być np. Boże Narodzenie.- powiedział Will
- Ona tak tylko powiedziała,
żeby cię udobruchać. Chodziło jej raczej o to, że ty, a dokładniej twoja duma
będą bardziej zadowolone. – poprawił swoją siostrę John.
- No nie wiem…
- A nie chcesz zobaczyć swoich
prezentów? Nie wiemy, czy da się je zwrócić. – zaczęła podpuszczać go mama.
- Tymi prezentami to mnie
przekonałaś. – powiedział z uśmiechem solenizant.
- Willi! – chłopak natychmiast
obrócił się, słysząc to określenie. Tylko jedna osoba nazywała go w taki
sposób. Nie mylił się. Z kuchni wybiegła jego piętnastoletnia sistra Stephanie.
Jej długie, brązowe włosy tworzyły jeden wielki, artystyczny nieład. Jej
niebieskie oczy błyszczały ze szczęścia. Rzuciła się mu na szyję, omal nie
przewracając. Chłopak objął ją i odwzajemnił uścisk. Stephanie była jedyną
osobą, która rozumiała jego rozterki. Jedyną osobą, która naprawdę go
rozumiała.
- Wszystkiego najlepszego! –
wykrzyknęła, kiedy wypuścił ją z objęć.
- Stephie! Dlaczego
zniszczyłaś swoją piękną fryzurę,, nad którą tak długo pracowałam? – zapytała z
wyrzutem mama.
- Przepraszam mamusiu –
dziewczyna zrobiła skruszoną minę. Pani Butlerin zmiękła.
- No dobrze kochanie. Nic się
nie stało. Tylko następnym razem jej nie niszcz.
- Oczywiście – dziewczyna pokiwała
głową.
Wszyscy w bawialni wybuchnęli śmiechem. Każdy
wiedział, że siostra Willa nienawidziła mieć związanych włosów. Wolała biegać po
ogrodach, otaczających dom państwa Butlerin z rozpuszczonymi włosami. Bardzo
często chowała za nimi twarz oraz uwielbiała ich delikatne łaskotanie na karku.
A jej słodkie loczki, powstające wskutek wilgotnego powietrza, więc bardzo
często rozczulały wszystkich, a to była przydatna broń, jeśli chciało się
czegoś dokonać w domu.
- Czas na tort – oznajmił
uśmiechnięty tata Williama. Poszedł do kuchni po ciasto. W przeciwieństwie do
większości rodzin, w tej części klanu to mężczyźni gotowali. Kobiety też, ale
nie było twardo określone, że tylko kobiety mają zajmować się gospodarstwem.
Kiedy zniknął w sąsiednim pokoju, wszyscy
podeszli do stołu. Był to okrągły mebel, zrobiony z mahoniu. Dookoła niego
znajdowało się osiem krzeseł. Obite zostały wygodnymi poduchami, aby można było
długo biesiadować. Siedzenia nie były podpisane, ale i tak każdy wiedział gdzie
jest jego miejsce. Will zajmował miejsce, na którym najczęściej zasiadał pan
domu, czyli Leonard. Odstępowano od tej zasady tylko wtedy, gdy któreś z dzieci
państwa Butlerin miało urodziny. Chłopak czekał na swojego ojca na szczycie
stołu. Po jego lewej stała jego siostra. Obok niej znajdowały się miejsca ich
rodziców, następnie wujka Johna, Julii i Charlotte, Teodora, na którego
przyjaciele i rodzina mówili najczęściej wujku Teo lub po prostu Teo. Obok
niego stały krzesła, które miały zostać zajęte przez Johna i Julię. Tylko jedno
krzesło było wolne. Miejsce po prawej solenizanta. To puste miejsce było dla
Willa niczym cios w serce. Miało być zajęte przez Charlotte Miltonin, młodszą
siostrę Johna i Julii, a jego najlepszą przyjaciółkę. Przez cały rok
dziewczyna z niecierpliwością wyczekiwała dnia jego rodzin. Wyczekiwała go
nawet bardziej niż on. Cały czas chodziła i mówiła mu, że przyszykowała dla
niego coś wspaniałego. To jeszcze bardziej rozbudzało jego ciekawość, a był z
natury bardzo ciekawskim chłopakiem. Niestety, prawdopodobnie już nigdy nie
miał się dowiedzieć co to było.
- Mmm... Pyszny tort. –
powiedział rozmarzonym głosem John.
- Will. – szepnęła Stephanie –
Willi siądź.
Do chłopaka dopiero po chwili dotarł sens
słów wypowiedzianych przez jego siostrę. Zorientował się, że ciągle stał, mimo
że reszta już od kilku minut spożywała jego tort urodzinowy, a John jadł już
trzeci kawałek. Po cichu opadł na krzesło, patrząc pustym wzrokiem na swoją
porcję.
- Willi – chłopak przeniósł
swoje spojrzenie z talerza na Stephie – Kiedy znajdziemy Charlotte to
dostaniesz swój wymarzony prezent.
Młodzieniec nie mógł pojąć jak to się
stało, że tylko jego młodsza siostra, która miała całkowicie inne problemy niż
on, najbardziej ze wszystkich obecnych przy stole wiedziała co go trapi oraz
jak mu pomóc. Może chodziło o to, że byli rodzeństwem. Relacja ta zawsze
podlegała innym regułom niż wszystkie inne. A może chodziło też o to, że Char
była autorytetem dla Stephanie, więc teraz dziewczynka chciała być taka jak
ona, a to Char zawsze była tą, która pocieszała Willa.
- Czas na prezenty! – wykrzyknęła uśmiechnięta
mama. Podbiegła do swojego małego dżentelmena (tak go nazywała) i pociągnęła go
w kierunku schodów.
I jak? Podoba się? :)
piątek, 27 czerwca 2014
Czy będzie ekranizacja "Miasta Popiołów"?
Przeszukiwałam dzisiaj internet w poszukiwaniu jakiś informacji, dotyczących ekranizacji "Miasta Popiołów". Wynikiem mojej pracy jest ta oto strona:
http://paranormalbooks.pl/2014/06/26/swiat-kolejna-czesc-filmowych-darow-aniola-jamie-bedzie-jacem/
Czy Cassie żartowała, albo ja źle zrozumiałam, ale czy naprawdę w pierwszym scenariuszu do drugiej części Magnus miał być burmistrzem, a Clary rozdwojona w sobie? Czy scenarzysta poskradał rozum?!
Osobiście chciałabym, aby film wyszedł jak nie w te wakacje(wiadomo, że nie wyjdzie), to w przyszłym roku. A wy?
http://paranormalbooks.pl/2014/06/26/swiat-kolejna-czesc-filmowych-darow-aniola-jamie-bedzie-jacem/
Czy Cassie żartowała, albo ja źle zrozumiałam, ale czy naprawdę w pierwszym scenariuszu do drugiej części Magnus miał być burmistrzem, a Clary rozdwojona w sobie? Czy scenarzysta poskradał rozum?!
Osobiście chciałabym, aby film wyszedł jak nie w te wakacje(wiadomo, że nie wyjdzie), to w przyszłym roku. A wy?
środa, 25 czerwca 2014
Kolejny fragment prologu mojej powieści
Mam dla Was kolejny - i ostatni - fragment prologu mojej powieści.
Pod pierwszą częścią przeczytałam komentarz, w którym zadano mi pytanie, czy ta powieść jest historią matki Tessy. A więc odpowiem na to pytanie: To nie jest historia mamy Tessy. Jest to wytwór mojej wyobraźni, który nie dotyczy Nocnych Łowców, ani żadnych prac Cassandry Clare. Jest to moja próba na napisanie mojej własnej książki. No i oczywiście przepraszam, jeśli coś wyda Wam się podobne do DA, czy DM lub jeszcze innych pozycji. :)
Podoba się? Mam nadzieję, że tak. Jeśli chcecie bym dalej publikowała fragmenty, to piszcie. :)
Pod pierwszą częścią przeczytałam komentarz, w którym zadano mi pytanie, czy ta powieść jest historią matki Tessy. A więc odpowiem na to pytanie: To nie jest historia mamy Tessy. Jest to wytwór mojej wyobraźni, który nie dotyczy Nocnych Łowców, ani żadnych prac Cassandry Clare. Jest to moja próba na napisanie mojej własnej książki. No i oczywiście przepraszam, jeśli coś wyda Wam się podobne do DA, czy DM lub jeszcze innych pozycji. :)
***
Opuszczona wyspa, znajdująca się w Ameryce Środkowej: luty 1880
Na polanie było rozpalone
wielkie ognisko. Ogień wznosił się na wysokość ponad 5 metrów. Dookoła
paleniska siedziały dwie kobiety, trzymając w rękach długie łabędzie pióra,
koloru sadzy. Przesuwały nimi, tworząc dziwne wzory z ognia i dymu.
- Siostro - odezwała się jedna z
nich. Nie wyglądały na spokrewnione.
Jedna z nich wyglądała jak królewna. Jej włosy były błyszczące, kręcone, była
ubrana w długą, czerwoną suknię, idealnie dopasowaną w tali. Druga była cała
brudna, jej włosy były splątane, a ubranie zakurzone i podziurawione.
- Tak, Adversity? O co chodzi?
- Heppinessi, teraz musimy
zająć się Charlotte Miltonin.
- Och. Ona jest naszym
największym problemem. Ale nie możemy zostawić jej życia pod znakiem zapytania.
Jej przyszłość jest w naszych rękach.
- Co z nią zrobimy? Mówcy już nie wytrzymają długo. Zwłaszcza ten młodziak. Nie potrzeba nam kolejnej wojny. Jeśli czegoś nie zrobimy to rozpęta się piekło.
- Wiem. Musimy im pomóc w jej odnalezieniu.Tylko czy zgodzi się z nami On?
- Mam nadzieję, że tak.
- Ale ona jest jego
ulubienicą.
- Mimo wszystko pozwolił jej na
cierpienie i poniżenie. Chyba najlepiej będzie jak go spytamy.
- Masz rację.
- Wezwij go - powiedziała Adversity
i podała jej pióro. Heppinessi wzięła je, a następnie wypowiedziała słowa w
języku, który brzmiał jakby obdzierano kogoś ze skóry. Nagle spomiędzy płomieni
wyłonił się jakiś kształt. Przerodził się on w wysokiego, barczystego mężczyznę
o długich bokobrodach. Miał włosy niebieskie, jak spokojny ocean, a
oczy w kolorze mułu na morskim dnie.
Był ubrany w czarny płaszcz, sięgający do ziemi. Posuwistym krokiem podszedł do
kobiet. Był tak wysoki, że czubki ich głów sięgały mu do piersi.
- O co chodzi Szwaczki?
- O Charlotte. - odpowiedziała
Adversity.
- Ja chcę tylko, aby przeżyła
to wszystko. Obojętnie w jakim stanie. Najważniejsze, żeby był potomek.
- Ale ona już powoli się
wykańcza. Jeśli czegoś nie zmienimy to ona wykończy się i umrze - kiedy
Adversity tylko wypowiedziała te słowa, tajemniczy mężczyzna zachwiał się i
zakrył usta ręką.
- Nawet nie wypowiadaj takich
bluźnierstw!
Heppinessi, która podczas tej
rozmowy podeszła w stronę płomieni, teraz odwróciła się do rozmówców i
powiedziała
- Jeśli nie wierzysz to
spójrz.
Mężczyzna podszedł. Widać
było, że nie wierzy w to co mówią siostry. W płomiennym dymie pojawił się obraz.
Widok zrobił piorunujące wrażenie na panu. Bardzo zbladł.
- To straszne. Dobrze. Niech
się jej polepszy. – nagle uśmiechnął się okrutnie – Ale to ja sam zdecyduję jak
i dzięki komu to wszystko się skończy.
Po tych słowach podciągnął poły płaszcza,
odsłaniając tors pełen blizn, i wszedł w ogień.
- Co teraz zrobimy?- zapytała Adversity.
- Chyba usunąć się na bok i
czekać na rozwój wydarzeń.
- A jak coś jej się stanie?
Wiesz, że ta kobieta nigdy nam nie wybaczy jeśli jej potomkom coś się stanie.
- Wiem. Ale na razie musimy
czekać. Jeśli będzie źle wtedy wkroczymy. Dobrze?
- Tak, dobrze. Masz rację siostrzyczko. Teraz
musimy czekać.
Z głośnym westchnieniem kobiety opadły na
ziemię i zaczęły wpatrywać się w dym unoszący się z paleniska.
sobota, 21 czerwca 2014
Prośba do Casssandry Clare
OMG!
Wczoraj napisałam do Cassandry Clare na tweeterze. Poprosiłam ją, aby weszła na mojego bloga, żeby przeczytać moje kochane wypociny ;), czyli sceny z "Diabelskich Maszyn" z perspektyw innych bohaterów.
A teraz trochę się boję, ponieważ to jest autorka tych książek i nie wiem jak ona zareaguje na moje prace. Teraz z niecierpliwością czekam na moment, w którym Cassandra napisze coś o moim blogu. :(
Myślicie, że mam się czego bać?
Myślicie, że spodobają się jej moje opowiadania?
Tylko bądźcie szczerzy, proszę. :)
Wczoraj napisałam do Cassandry Clare na tweeterze. Poprosiłam ją, aby weszła na mojego bloga, żeby przeczytać moje kochane wypociny ;), czyli sceny z "Diabelskich Maszyn" z perspektyw innych bohaterów.
A teraz trochę się boję, ponieważ to jest autorka tych książek i nie wiem jak ona zareaguje na moje prace. Teraz z niecierpliwością czekam na moment, w którym Cassandra napisze coś o moim blogu. :(
Myślicie, że mam się czego bać?
Myślicie, że spodobają się jej moje opowiadania?
Tylko bądźcie szczerzy, proszę. :)
piątek, 20 czerwca 2014
Rocznica śmierci Willa
Właśnie przed chwilą dowiedziałam się, że wczoraj, czyli 19 czerwca była rocznica śmierci Williama Herondale'a. A dokładnie 77 rocznica. A on żył 77 lat. :( Czyli, że gdyby jeszcze raz żył i umarł w tym samym wieku, miesiącu i dniu to było by to wczoraj. :'(
Czuję łzy zbierające się w końcikach oczu. :(
Ave Atque Vale.
Czuję łzy zbierające się w końcikach oczu. :(
Ave Atque Vale.
Ja niestety dowiedziałam się o tym za późno, ale napiszę to sobie jutro, a w poniedziałek ubiorę się cała na biało, na znak żałoby po moim ukochanym Willu.
A Wy co zrobicie? I jak się czujecie?
niedziela, 15 czerwca 2014
Pierwsza część prologu mojej powieści
Jakiś czas temu wpadłam na pomysł napisania własnej powieści. Po napisaniu prologu i kawałka pierwszego rozdziału stwierdziałam jednak, że to nie ma żadnego sensu. Możliwe, że moja zaczęta książka leżałaby tak nadal, gdyby nie pewna lektura, którą właśnie czytam. Jest to "Pamiętnik narkomanki" Barbary Rosiek. Może wydać Wam się dziwne, że właśnie po tej książce siadłam do komputera i zaczęłam dalej pisać, ale kiedy przeczytałam, że mimo swoich problemów związanych z próbą wyjścia z narkomanii, Basia pisze swoją historię, stwierdziłam, że ja także nie mogę się poddawać. A może stworzę fajną powieść. A więc publikuję tutaj połowę prologu mojej książki.
„Twoja
niedola była moją udręką; tak, truchleję
I się zatracam w twoim piekielnym nieszczęściu.
Przeszukałem wysokości i głębie, bezmiar
Naszego wszechświata z rozpaczliwą nadzieją,
Listopad 1879 rok, okolice Cardiff
- Cieszę się, że doszłyśmy do
porozumienia.-powiedziała otyła, ale strasznie wysoka kobieta. Jej głowa przy
każdym podskoku uderzała w dach powozu. Miała na sobie mocno związaną, różową
suknię. Piersi niemal wylewały się z ciasnego gorsetu. Włosy opadały na ramiona
w starannie ułożonych lokach. Jednak twarz była zgorzkniała, a oczy bez wyrazu.
Teraz było w nich widać triumf, a usta układały się w szyderczym uśmiechu. –
Nie pożałujesz. Tylko bądź grzeczna. Bo wtedy złamię swoje przyrzeczenie i
sprowadzę tutaj Tego chłopaka.
***
Mam nadzieję, że się podoba. Jeśli chcecie, albo nie chcecie, bym publikowała na blogu kolejne fragmenty swojej powieści to piszcie to w komentarzach. :)
Prolog
Dziki niepokój
I się zatracam w twoim piekielnym nieszczęściu.
Przeszukałem wysokości i głębie, bezmiar
Naszego wszechświata z rozpaczliwą nadzieją,
Że
znajdę ratunek na twój dziki niepokój.”
James Thomson, Miasto
straszliwej nocy
- Będę grzeczna dopóki On
będzie bezpieczny, panno Du Mort. – otyłej odpowiedziała nieco niższa
dziewczyna, wyglądała na ok. 16 lat. Suknia, którą miała na sobie była
granatowa, podkreślająca wąską talię. Jednak po stanie jej odzienia można było
zauważyć, że panienka była bita i nie raz leżała na ziemi. Dół jej ubrania był
cały zabłocony, włosy w nieładzie, a lewe oko spuchnięte i cały czas łzawiło.
Siedziała skulona w drugim końcu powozu, niemal przytulona do drzwi. – Czego
pani ode mnie chce?- spytała lekkim tonem, mimo że wszystko w jej ciele
krzyczało: „Uciekaj, uciekaj”.
- Na razie niczego, dziecko –
kobieta uśmiechnęła się złowieszczo.
Reszta jazdy minęła w ciszy. Damy nie
rozmawiały ze sobą. Młodsza miała ochotę wyjrzeć przez okno, miała bowiem
nadzieję, że może z ułożenia wzgórz lub ilości chmur będzie mogła dowiedzieć
się w jakiej części Wielkiej Brytanii się znajduje. Niestety, zasłony nie dało
się przesunąć. Przez szpary do powozu przeświecał blask Księżyca. Była noc.
Raczej nie były w Anglii, chociaż czasami tam tez zdarzały się noce bez chmur.
Zresztą jechały za długo; były już pewnie na obrzeżach tej części państwa.
Dziewczyna zastanawiała się kiedy podróż się skończy i co się po niej stanie.
Będzie miała ciężko pracować, czy siedzieć w lochach? No i czego ta kobieta od
niej chciała? Wiedziała, że ona nie chce niczego od jej przyjaciela. On był
tylko zachętą, żeby z nią pojechała. Gdyby nie bała się o to, że coś mu się
stanie, nigdy nie zgodziła by się wsiąść do tego piekielnego powozu.
Potem zaczęła wyobrażać sobie swoje
rodzeństwo, mamę, tatę oraz najlepszego przyjaciela dziewczyny. Nagle z jej
marzeń wyrwało ją głośne szarpnięcie. Konie stanęły, co oznaczało, że są na
miejscu. Z zaskoczeniem poczuła dłonie odgarniające jej włosy z twarzy. To Dame Du Mort zawiązywała jej na oczach
czarną opaskę. „Żebym nic nie widziała”- pomyślała przerażona. Poczuła, że
idzie po kamieniach. Trwało to ok. 10 minut. Nagle usłyszała echo swoich kroków
i buty stukające o twarda posadzkę. Ktoś pociągnął ją gwałtownie w lewo.
Dziewczyna uderzyła głową w pochodnię. Usłyszała pogardliwy śmiech. Zaczęła
wchodzić po wysokich, szerokich, kręconych stopniach. Kiedy zaczęła myśleć, że
będzie już tak wchodzić przez wieczność, poczuła jak wstążka, którą do tej pory
miała związane oczy opada luźno. Zanim zdążyła choćby mrugnąć powiekami,
została popchnięta. Usłyszała trzask zamykanych drzwi. Rozbłysło światło. Gdy
jej oczy przyzwyczaiły się do jasności, zobaczyła, że znajduje się w średniej
wielkości sali, na ścianach nie było żadnych obrazów, a na podłogach – dywanów.
Okna były za kratami. Przy lewej ścianie stało łóżko, a przy prawej – szafa i
stoliczek. Dookoła wisiały świece w kinkietach. Poczuła ramiona oplatające ją
od tyłu w tali. Odwróciła się gwałtownie. Przed nią stał wysoki chłopak, miał
ok. 20 lat. Był blondynem, a oczy miał białe, przez co wyglądały przerażająco, a dziewczyna poczuła wielki niepokój.
- Witaj – powiedział. Jego
głos był szorstki.
- Dlaczego pan mnie obłapia?
Nie znam pana.
- Uważam, że dzięki temu
przestanie tu panować poważna atmosfera. Nazywam się Edgar von Schmitt.
- Ja nazywam się…
- Ci. – położył palec na jej
ustach. – Wiem o tobie wszystko. Och.- powiedział w zachwycie, dotykając jej
obojczyków.- Ona miała rację. Jesteś wyjątkowa.
I zanim dziewczyna zdążyła
cokolwiek powiedzieć, zaczął ją namiętnie całować.
Przed drzwiami celi siedziała Dame du Mort. Z
pokoju słyszała przepełnione bólem i przerażeniem krzyki dziewczyny.
Uśmiechnęła się pod nosem. Zza rogu wyłoniła się kobieta, która wyglądała tak
samo jak ona. Wyjątek stanowiły włosy. Du Mort miała je czarne, a przybyszka
miała je rude.
- Witaj siostrzyczko –
przywitała się czarnowłosa.- Moja Death czuję, że nasz więzień jest wyjątkowy.
Zobaczymy co z tego wszystkiego wyniknie. Jestem bardzo ciekawa.
- Ja też siostro. Niestety na
efekty musimy trochę poczekać.
Death siadła na krześle obok du Mort. Siostry
popatrzyły na siebie, a potem wybuchnęły głośnym śmiechem, który brzmiał jak
rechot żaby.
piątek, 13 czerwca 2014
Scena na balkonie - czyli kolejne opowiadanie
Nareszcie! Przed chwilą skończyłam pisać scenę na balkonie. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Z tego co zobaczyłam jest to najdłuższe opowiadanie jakie do tej pory napisałam. Gdybyście mieli jakieś obiekcje lub sugestie to piszcie je w komentarzach, a ja postaram się poprawić. ;)
- Tesso?
- Wszystko w porządku. –
dziewczyna powoli puszczała poręcz, jakby nie była pewna, czy starczy jej sił,
aby stać prosto. Zobaczył, że jego towarzyszka spogląda na swoją suknię. Will
też przesunął swój wzrok z jej oczu na dekolt. Sznurowanie było za mocno
związane, więc piersi były bardzo ściśnięte. Chłopak najpierw pomyślał, że
Tessa musi się dziwnie czuć w za krótkiej, o kilka cali, sukni oraz z piersiami
niemal wylewającymi się z gorsetu. Jednak ta myśl szybko pierzchła, jakby nigdy
się nie pojawiła. Rozejrzał się dookoła. Balkon był mały, bogato ozdobiony
misternymi wzorami. Wokół balustrady wiły się pędy drzew i roślin, tworząc
dziwne wzory, rzucające, przypominające potwory z koszmarów, czarne cienie na
posadzkę. Światło księżycowe tworzyło srebrne refleksy na poręczy i we włosach
Tessy. Ale u niej przybierały barwę ciepłego, czułego srebra, a na marmurze był
to zimny, mrożący krew w żyłach kolor.
- Ja tylko… nie wiem, co się
stało. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się, żebym się zmieniła i nawet tego nie
spostrzegła. To pewnie wstrząs. Są małżeństwem, wiedziałeś? Nate i Jessamine.
Małżeństwem. Nate nigdy nie palił się do ożenku. I wcale jej nie kocha. On nie
kocha nikogo oprócz siebie. Nigdy nie kochał. – w trakcie jej wypowiedzi, Will
zorientował się, że jej głos staje się coraz bardziej smutny i zrezygnowany.
Chłopak wiedział, że powinni stąd uciekać, jak najszybciej powiedzieć Charlotte
o Jessamine i Nacie, ale nie potrafił się do tego zmusić. Nie teraz kiedy Tessa
wyglądała na taką smutną i samotną. Poczuł, że jego dłonie pocą się w czarnych
rękawiczkach, więc ściągnął je i rzucił na podłogę. Od razu jego ręce owiał
przyjemny, nocny wietrzyk.
- Tess.
- Przepraszam – bąknęła,
odwracając wzrok od jego twarzy.
Bojąc się, że go odepchnie, Will
delikatnie dotknął jej policzka i obrócił do siebie jej twarz.
- Nie masz za co przepraszać.
Byłaś świetna. Nie wypadłaś z roli.
Zobaczył cień zaskoczenia w
jej szarych oczach.
- Kiedyś kochałaś brata,
prawda? Widziałem twoją twarz, gdy do ciebie mówił i miałem ochotę zabić go za
to, że złamał ci serce.
- Jakaś część mnie za nim
tęskni, tak jak ty za swoją siostrą. Choć wiem, jaki jest, tęsknię za bratem,
którego jak mi się wydawało, kiedyś miałam. Był moją jedyną rodziną.
- Teraz Instytut jest twoją
rodziną.
Nie chodziło mu o wszystkich mieszkańców, no
może trochę tak, ale w szczególności miał na myśli siebie. Już czuł się tak
jakby znał Tessę od zawsze i nie umiał wyobrazić sobie, życia bez niej. Nawet
nie wiedział jak ono wyglądało zanim ją poznał.
Nie mógł przestać patrzeć na jej idealną,
porcelanową twarz. Na jej oczy, szeroko otwarte. Na lekko rozchylone usta,
które w blasku księżyca wyglądały na idealnie wykrojone.
Zaczął się zastanawiać, jak jeszcze niedawno
mógł uważać, że pędy drzew i cienie, są przearażające. Teraz wydawały mu się
miłe, niemal przyjazne. Jakby chciały ochronić ich przed okrucieństwem świata.
- Powinniśmy wracać do środka
– stwierdziła cicho. Ale Will nie chciał wracać. Czuł, że coś go przyzywa,
jakaś niepojęta moc każe mu zostać na tym balkonie razem z Tessą. Czuł, że to
jest właściwe, że tego właśnie chce. Już tak dawno, nie mógł robić tego na co
ma ochotę, a teraz na reszcie miał okazję. – Mamy niewiele czasu…
Zrobiła mały krok… potknęła się o rąbek
sukni i wpadła na niego. Kiedy ją chwycił, poczuł jej skórę tuż przy swojej,
jej lawendowy zapach. A kiedy jej ramiona go objęły, palce splotły na jego
karku, a twarz wtuliła się w jego szyję, poczuł, że mur ochronny, który tak
starannie wokół siebie zbudował, w jednej chwili rozpadł się na tysiące
maleńkich kawałeczków. Poczuł, że kręci mu się w głowie, a grunt usuwa się mu
spod nóg. Gwałtownie zaczerpnął tchu, nie mogąc powstrzymać swoich uczuć, które
kłębiły się w jego wnętrzu od kilku miesięcy.
- Tess. Tess, spójrz na mnie.
Uniosła wzrok, bardzo powoli, jakby się bała.
Kiedy ich oczy się spotkały, zapragnął już nigdy nie wypuszczać jej z objęć,
nigdy nie oderwać wzroku od jej wielkich, hipnotyzujących, zapatrzonych w niego
z czułością i pożądaniem oczu. I właśnie ten widok sprawił, że Will zanurzył
palce w jej włosach i zaczął powoli, z miłością rozchodzącą się od serca do
koniuszków palców, wyjmować szpilki z jej włosów. Rzucał je na jej maskę,
leżącą na podłodze, cały czas nie odrywając wzroku od jej cudnych oczu. Kiedy
jej długie włosy zostały uwolnione ze skomplikowanej fryzury, chłopak wsunął w
nie dłonie i zaczął się nimi bawić. Nie mógł nie dotykać ich, tak samo jak nie
mógł przestać patrzeć Tessie w oczy. To tak jakby wypływać statkiem daleko w
ocean, nie mogąc przestać patrzeć na ojczystą ziemię. Teraz to Tessa była jego
ojczystą ziemią, a on strudzonym żeglarzem, odpływającym w nieznane. Kiedy
dziewczyna nie poruszyła się i nie przeszkodziła mu, poczuł jak zdenerwowanie,
które kłębiło się w jego umyśle powoli wyparowywuje, zostając zastąpionym przez
ogromną ulgę. Wypuścił powietrze z płuc, nie zdając sobie sprawy z tego, że
wstrzymywał je od dłuższego czasu, bojąc się reakcji swojej ukochanej.
- Moja Tessa – nareszcie
wypowiedział słowa, która zawsze chciał powiedzieć, a nawet w niektórych
chwilach wykrzyczeć. Tym jednym określeniem chciał pokazać jej kim chciałby,
aby stała się dla niego. Kimś ważnym, żeby była tylko jego, żeby mogli bez
przeszkód mówić do siebie najpiękniejsze słowa jakie istniały w słowniku
ludzkości. Chciał poczuć jej dłonie w swoich, delikatność jej skóry, więc bez
pośpiechu zsunął białe rękawiczki z dłoni dziewczyny i odrzucił je w bok, na
maskę i spinki Jessamine, już leżące na kamiennej posadzce. Następnie sam zdjął
maskę i rzucił ją na podłogę. Przeczesał swoje włosy, odgarnął je na bok.
Poczuł wzrok Tessy na swoich dłoniach. Wiedział, że śledzi wzrokiem ruchy jego
rąk. Ostrożnie podniosła ręce do góry, próbując dotknąć jego kości
policzkowych, ale on delikatnie złapał ją za nadgarstki i pociągnął w dół. Czuł
ogromną chęć dotknięcia jej pierwszy. Chciał mieć ten zaszczyt.
- Nie. Pozwól, że ja cię
pierwszy dotknę. Pragnąłem…
Nie
zaprotestowała, więc Will poczuł się jakby jego serce zaczęło bić tak szybko
jak skrzydła kolibra. Niemal bezwiednie musnął opuszkami jej skronie, kości
policzkowe. Kiedy powiódł nimi po jej ustach, chłopak pomyślał o tym, że
jeszcze nigdy nie dotykał jej w taki sposób, że nigdy nie dotykał jej ust
swoimi dłońmi. Było to prawie tak samo elektryzujące jak pocałunek. Wiedział,
że prawdopodobnie przez długi okres czasu nie będzie mógł dotykać jej tak jak w
tym momencie, więc starał się zapamiętać fakturę jej ust. Jej oddech na swoich
palcach. Delikatną skórę na skroniach i kościach policzkowych. Tessa patrzyła
na niego szeroko otwartymi oczami, podążając wzrokiem za jego dłońmi. Był
oszołomiony tym, że mógł ją dotknąć, że ona dała mu to zrobić. Może była
jeszcze nadzieja.
Dziewczyna stała nieruchomo, ledwo
oddychała, podobnie zresztą jak on. Nie umiał myśleć o niczym innym za
wyjątkiem jego rąk na jej ciele. Wszystkie
ruchy wykonywał bez udziału woli, jakby jego ciało samo wiedziało co ma
robić, czego chciało. I miało rację. Will chciał, aby dłonie nie przestawały
podążać wzdłuż jej ciała. Istniała tylko ta chwila. Muzyka ucichła, wydawało
się jakby dobiegała z bardzo daleka. A oni sami już nie byli na balu, pełnym
gości, ale na innej planecie.
Jego dłonie przesunęły się powoli na jej
szyję, zwolniły na jej pulsie. Było bardzo szybkie, tak samo jak jego. Palce dotarły do jedwabnej wstążki i pociągnęły za jej końce,
a dłoń nagle znalazła się w zagłębieniu między obojczykami. Jej skóra stawała
się gorąca w miejscu gdzie jej dotykał. On też robił się w tych miejscach
gorący. Jakby ich dusze były ze sobą połączone niewidzialną nicią, dzięki której
działo się z nimi to samo. Oboje płonęli żywym ogniem. Ogniem miłości i
namiętności, który sprawiał, że ich wnętrza stawały w płomieniach, a ich ciała
pragnęły znaleźć się jeszcze bliżej siebie, aby wspólnie ugasić, albo jeszcze
bardziej podsycić pożogę w ich żyłach.
Po chwili jego dłonie zjechały na stanik
sukni. Powoli przesunęły się po wypukłościach piersi. Chłopak czuł, że zaraz
ogień który trawił go od środka, wybuchnie i utworzy wielkie serce nad całą
Ziemią. Nawet w swoich najskrytszych snach nie marzył o tym, że dotknie Tessy w
taki sposób. A jednak. Kiedy jego ręce
dotarły do jej tali i przyciągnęły ją do siebie, tak że między ich ciałami nie
został nawet milimetr wolnej przestrzeni, dziewczyna głęboko zaczerpnęła tchu,
jakby nie mogła w to wszystko uwierzyć, ale nie chciała go zatrzymywać.
Will schylił się i przyłożył policzek do jej
policzka. Czuł jak dziewczyna drży z jego każdym wypowiedzianym słowem.
- Pragnąłem to zrobić w każdym
momencie każdej godziny każdego dnia, odkąd cię poznałem. Ale ty to wiesz.
Musisz wiedzieć. Prawda?
Spojrzała na niego zdumiona.
- Co wiem? – zapytała. Will
też był zdziwiony. Czy ona nie wiedziała co on do niej czuł? Westchnął z
rezygnacją i ją pocałował.
Całował ją delikatnie, pragnąc wyrazić nie w
słowach, a w czynach to co do niej czuł. Nie chciał być zbyt nachalny. Nie był
pewny jej uczuć do niego, więc chciał się upewnić, że dziewczyna nie odepchnie
go jak tylko dotknie jej ust swoimi. Składał powolne, lekkie pocałunki na jej
ustach, pragnąc przekazać jej swoje uczucia wobec niej. To, że jest mu droga,
niezastąpiona. To, że pragnął jej od pierwszego momentu kiedy się spotkali. To,
że chciał jej powiedzieć, że uważa ją za wojownika, za kogoś bardzo silnego
psychicznie, kogoś kto umie wiele znieść. Chciał, aby dowiedziała się, że za
każdym razem kiedy ją spotykał, czy to w jadalni, na korytarzu lub w
bibliotece, chciał porwać ją w ramiona, przytulić, pocałować, zwierzyć się ze
wszystkich problemów. Powiedzieć, że jego marzeniem jest po prostu patrzeć jak
dziewczyna czyta, jak jej oczy rozszerzają się powoli, na każdej kolejnej
stronie. Że ubóstwia sprzeczać się z nią i przekomarzać. Że jest marzeniem jego
duszy. Że nikogo nie kocha tak mocno jak jej i na pewno nikogo już tak mocno
nie pokocha. Że jego serce obudziło się i otworzyło na miłość i nowe doznania w
dniu kiedy wszedł do jej pokoju w Mrocznym Domu.
Tessa objęła jego kark. Wplotła palce w
ciemne pasma. Poczuł, że powoli traci nad sobą kontrolę. Objął ją mocniej,
myśląc w duchu o tym, żeby nie zacząć całować jej tak jak chciała jego dusza:
bez opanowania, jakby nie istniało na świecie nic ważniejszego. Czuł, że drżą
mu ręce. Nie wiedział jak długo będzie w stanie się hamować. Przesunął
delikatnie językiem po jej wargach, nie mogąc się powstrzymać. W tym samym
momencie poczuł, że dziewczyna gwałtownie zaczerpnęła tchu i przysunęła swoje
drżące ciało bliżej jego. On sam nie wiedział jak to się stało, że był jeszcze
w stanie myśleć o czymś innym niż o dotyku ust Tessy, o ich smaku, fakturze,
delikatności i miękkości. O tym, że ona jednak nie jest mu obojętna. Że ten ogień
nie pali się tylko w nim. Czuł bicie serca dziewczyny na swojej klatce
piersiowej - nie, na całym ciele, tak jakby tempo jej oddechu i pulsu potrafiło przenieść
się w jego ciało i powoli sprawiało, że jego puls starał się być dokładnie taki
sam jak Tessy.
- Will – wyszeptała, nie
przestając całować go ani na chwilę. Czuł jakby zaraz miał eksplodować. Czuł ciepło
w brzuchu, które przenosiło się razem z gorącą krwią w każdy zakamarek jego
ciała. – Will nie musisz być taki ostrożny, nie roztrzaskam się. - Czuł, że żar
w jego wnętrzu jeszcze bardziej przybrał na sile, gdy usłyszał jej głos: pełen
pożądania i akceptacji. Pragnienia i adoracji. Miłości i ponaglenia.
Wszystko czemu Will nie umiał się oprzeć.
- Tesso – jęknął. Czy ona nie
wiedziała, że on wcale nie chciał być taki delikatny? On robił to wszystko dla
niej. Ale kiedy dziewczyna skubnęła jego wargi zębami, poczuł, że cała jego
silna wola w jednej chwili legnęła w gruzach. A zawsze myślał, że był uparty i
potrafił postawić na swoim. Jednak tak było do czasu, kiedy poznał Tessę. Wtedy
wszystko się zmieniło. Przy niej nic nie było takie same. Nawet jego zachowanie
względem innych osób.
Położył dłonie płasko na jej plecach i
przyciągnął ją do siebie tak, że stykały się każde kawałki ich ciała. Jak puzzle.
Poczuł się tak jakby w momencie, w którym poczuł ciało Tessy tuż przy swoim,
ocierające się delikatnie o niego, odzyskał część duszy, tą należącą tylko i
wyłącznie do dziewczyny, którą właśnie całował. Jakby od początku ich istnienia
wiadome było, że kiedyś on i ona pocałują się i będą zachowywać tak jakby byli
jednym ciałem. Kiedy on brał wdech, ona wydychała powietrze. Ich pocałunek
przestał być delikatny. Will zaczął ją całować coraz mocniej i głębiej. Jedną
dłoń wsunął w jej włosy, a drugą błądził po jej całym ciele, z każdym ruchem
przyciągając ją jeszcze bliżej.
Tessa odpięła szybko, drżącymi palcami, poły
jego marynarki i wsunęła pod nią ręce. Zaczęła przesuwać nimi po jego ciele
obleczonym jedynie cienką koszulą. Sunęła dłońmi po jego plecach, ramionach,
torsie, brzuchu. Czuł się jakby zaraz ogień trawiący cały jego organizm, ten
sam ogień który miała też w sobie Tessa, miał wybuchnąć, eksplodować. Sprawić,
że Will i Tessa mieli zapomnieć się w sobie całkowicie. Jedyne co czuć i o czym
myśleć to dotyk ich ciał; namiętne, niekończące się pocałunki. Z gardła
dziewczyny wyrywały się ciche jęki, które sprawiały, że chłopak jeszcze
szybciej przestawał panować nad swoim ciałem. Przycisnął ją do balustrady, pragnąc znaleźć
się jeszcze bliżej niej. Tessa odwzajemniała jego pocałunki. Zwiotczała w jego
objęciach Ciągnęła go za włosy, skubała wargi; Will czuł krew na ustach, ale
nie przejmował się tym. Obejmowała go coraz mocniej, przyciągając go do siebie.
Wygięła plecy w łuk, przez co jego wargi zsunęły się z jej ust, dotknęły
policzka, brody, aż w końcu spoczęły na jej szyi. Dziewczyna gwałtownie
zaczerpnęła tchu. Will odsunął się delikatnie, bojąc się, że dziewczyna odsunie
się od niego. Rozchyliła powieki i zobaczył, że jej oczy nie były już szare, a
czarne. Ujrzał w nich pożądanie, czułość i miłość. Coś czego nigdy nie
spodziewał się zobaczyć w niczyich oczach, gdyby ich spojrzenie skierowane było
na niego. Dziewczyna wyciągnęła rękę do przodu, złapała go za rękaw koszuli i
przyciągnęła z powrotem do siebie. Zaczęli się z nowu całować. Jeszcze bardziej namiętnie i ponaglająco niż wcześniej. Szarpnięciem zdjęła z niego marynarkę, a on zorientował
się, że niszczy delikatne, materiałowe róże, zdobiące stanik jej sukni. Czuł,
że właśnie w tym miejscu chce być i to
dokładnie o tej porze. Jakimś cudem bal maskowy u Benedicta Lightwooda stał się
miejscem spełnienia jednego z jego najskrytszych marzeń. Jeszcze nigdy nie całował
Tessy tak jak teraz, nawet na strychu Instytutu. Jeszcze nigdy nie byli ze sobą
tak blisko.
Nagle usłyszał szczęk otwieranych drzwi.
- Mówiłem ci, Edith, że
właśnie tak się dzieje, kiedy pijesz różowe napoje.
Następnie drzwi się zamknęły, a Tessa
delikatnie odsunęła Willa od siebie.
- Wielkie nieba! – wyrzuciła bez
tchu. Jej policzki i usta były zaróżowione, przez co wyglądała jeszcze piękniej.
– Jakie to upokarzające…
- Nic mnie to nie obchodzi –
Will przyciągnął ją z powrotem do siebie, musnął nosem jej szyję i policzki. Ciało
dziewczyny nie stawiało najmniejszego oporu. – Tess…
- Wciąż powtarzasz moje imię –
wyszeptała.
Trzymała swoją rękę na jego piersi, nie
pozwalając mu się do niej bardziej zbliżyć. Jednak place drugiej ręki były
wplecione w jego włosy. Wydawało mu się, że czas stanął w miejscu, a on i Tessa
znajdują się w dziurze między tymi czasami, tak że nikt nie mógł im
przeszkodzić.
- Uwielbiam twoje imię. Uwielbiam
jego brzmienie. – Przysunął się bliżej, z każdym słowem muskając delikatnie
usta dziewczyny.
- Muszę cię o coś zapytać,
muszę wiedzieć…
Odchyliła głowę do tyłu i spojrzała mu
głęboko w oczy. Zobaczył w nich zgodę i coś takiego… Nawet nie potrafił
określić co to było. Wiedział tylko, że nie potrafił tak na nią patrzeć, stać tak
blisko niej bez dotykania jej ust swoimi. Więc kiedy przymknęła oczy, pochylił się i musnął
wargami jej usta. Dziewczyna rozchyliła je pod jego naciskiem. Przycisnął ją
mocniej do balustrady. Znowu poczuł, budzący się do życia, nie dający się ugasić
pożar.
- A więc tutaj jesteście!
Dajecie pamiętne widowisko, że tak się wyrażę.
Odskoczyli od siebie
gwałtownie. W drzwiach, z długim cygarem w palcach, stał Magnus Bane, a Will
miał w głowie tylko jedną myśl: „Damn!”
czwartek, 5 czerwca 2014
Witaj Warszawo!
Witaj Warszawo!
Od wczoraj jestem na wycieczce w Warszawie, więc dzień dobry dla wszystkich Warszawiaków!;-)
Właśnie siedzę sobie w autokarze, a dokładniej w wielkim korku.:-( podczas drogi do Muzeum Powstania Warszawskiego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

