niedziela, 6 lipca 2014

Pierwsze spotkanie Willa i Tessy - kolejne opowiadanie

Przed chwilą skończyłam pisać kolejne opowiadanie, tym razem przedstawiające pierwsze spotkanie Willa i Tessy. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Jest to najdłuższe opowiadanie jakie napisałam. :)
 
- Charlotte! – Will wbiegł zadyszany do jadalni. Przy stole byli już obecni wszyscy mieszkańcy Instytutu. Kiedy wszedł, spojrzenie każdego z nich przeniosło się z talerzy - na których znajdowały się ogromne ilości mięsa, ziemniaków i różnego rodzaju warzyw – na niego. Nawet Sophie, właśnie wchodząca z dzbankiem pełnym gorącej herbaty, zatrzymała się w pół kroku z zaciekawieniem patrząc na nowo przybyłego. Rzadko można było zobaczyć tak bardzo przejętego Willa.
- Co się stało?
- Odkryłem coś.
- Czy nie możesz poczekać aż wszyscy zjemy? Jeśli znowu będziesz próbował nam wmówić, że demoniczna ospa istnieje to…
- Nie chodzi o demoniczną ospę. A tak w ogóle to dlaczego nie chcecie mi uwierzyć, że ona istnieje?
- No i znowu się zaczyna – Charlotte oparła głowę na złączonych dłoniach.
- Will, co jest tak ważne, że nie dajesz nam zjeść?- zapytał łagodnie Jem.
- Kiedy byłem dzisiaj w Klubie Pandemonium założyłem się z jednym z często tam przebywających czarowników…
- Och naprawdę Will. Myślisz, że interesują nas twoje obfitujące w dziwne sytuacje, przygody, które nie powinny być omawiane przy takiej damie jaką jestem? – Jessamine zaszczyciła go pełnym pogardy spojrzeniem.
- Że jeśli wygram z nim w wista to powie mi gdzie mogę znaleźć Mroczne Siostry – dokończył Will, nie zważając na słowa dziewczyny.
- Domyślam się, że z nim wygrałeś.
- Tak i patrzcie co mam – chłopak pomachał im przed oczami kawałkiem pergaminu. Charlotte wzięła go i przeczytała jego zawartość.
- Whitechapel High Street?
- No to ja zostaję – oświadczyła stanowczym tonem Jessamine.
- Jessie, a dlaczego?
- Tak wysoko postawiana młoda dama jak ja nie powinna pojawiać się miejscach pokroju Whitechapel High Street. A do tego czuję zawroty głowy. Może powinnam pójść się położyć? Sophie! – zawołała, mimo że pokojówka nadal stała koło stołu z dzbankiem w dłoniach – Przyszykuj dla mnie okład na ból głowy!
- No to rozumiem, że trzeba wysłać list do Konsula, aby powiedzieć mu co odkryłeś oraz co zamierzamy zrobić – oświadczyła Charlotte.
- A kiedy wyjeżdżamy? – po raz pierwszy odezwał się Henry.
- Jeśli Konsul Wayland odpowie nam do jutrzejszego wieczora to wyjedziemy jutro wieczorem.
  Na tym skończyła się rozmowa. Wszyscy przy stole równocześnie pochylili głowy i wrócili do przerwanego posiłku. Sophie podała herbatę i szybko oddaliła się do kuchni.
- Will – odezwał się Jem – może chciałbyś usiąść i zjeść śniadanie? – w jego głosie było słychać lekki niepokój.
  Jednak chłopak nie zrobił tego o co prosił go jego parabatai. Był zbyt podekscytowany ukazującą mu się bitwą i wreszcie zakończonym śledztwem. Wybiegł z jadalni, pozostawiając resztę z identycznymi, zaskoczonymi minami.
 
***
 
     Po skończonym posiłku Charlotte udała się do bawialni, aby napisać list. Po wejściu do pokoju, skierowała swój wzrok prosto na potężne biurko, stojące pod witrażowym oknem. Otworzyła pierwszą szufladę i wyciągnęła z niej kartkę pożółkłego papieru i kałamarz wypełniony granatowym atramentem. W kaszcie znajdowało się także długie pióro. Charlotte zawsze pisała tylko tym jednym, ponieważ był jej ulubionym. Kiedy była małą dziewczynką, dostała je od swojego taty na urodziny. Były na nim wyryte inicjały C.M.F. – Charlotte Mary Fairchild.
    Zaczęła pisać:
 
Konsulu Waylandzie zwracam się …
***
 
      Po wyjściu z jadalni Will ruszył raźnym krokiem w stronę biblioteki. Zawrócił tylko raz, po to aby zabrać ze swojego pokoju własny egzemplarz „Kamienia Księżycowego” Wilkiego Collinsa.
      Mimo że Will kochał bycie Nocnym Łowcą, czasami zdarzały mu się momenty melancholii i tęsknoty za domem. Między innymi dlatego tak szybko wybiegł z jadalni i postanowił ukryć się w najdalszej i najrzadziej odwiedzanej części biblioteki. Wtedy, podczas śniadania, kiedy wszystkie oczy podniosły się na niego, poczuł się tak jakby przeniósł się w czasie. Kiedy był młodszy często przybiegał do rodziców, aby po prostu przytulić się do nich i poczuć się bezpiecznie i szczęśliwie. I gdy wbiegał do pokoju, w którym akurat byli, zawsze w ten sam sposób podnosili głowy i spoglądali mu w oczy. Właśnie takie spojrzenie ujrzał w oczach zebranych przy posiłku.
   Od razu po wejściu do biblioteki poczuł jak ukryte w głębi jego duszy napięcie powoli ulatnia się. Widok tylu książek w jednym miejscu zawsze go uspokajał. Był to całkowicie inny pokój niż sala treningowa. Tutaj dało się odpocząć, zrelaksować… Na chwilę poczuć się tak jakby z powrotem wróciło się do domu w północnej Walii. Do rodziców i sióstr. Do ciepłego ognia w kominku. Śpiewu mamy w ogródku. Dni, w których nie mówiło się o demonach i problemach w Podziemnym Świecie.
   Ukrył się za regałami pełnymi tomików, usiadł w głębokim, miękkim fotelu, o którym istnieniu prawdopodobnie wiedział tylko on. Otworzył książkę na stronie, którą ostatnio czytał i natychmiast Wilkie Collins oraz jego pisarski geniusz pochłonęły go całkowicie.
 
 
***
 
 
    Po ponad godzinie i pięciu wrzuconych do ognia, sczerniałych i spopielałych kartkach, Charlotte popatrzyła na swój skończony list.
„Miejmy nadzieję, że da nam szybko twierdzącą odpowiedź” – pomyślała z nadzieją.
    Wysłała list. Następnie zaczęła rozglądać się po pokoju, który nie zmienił się od czasów jej wczesnego dzieciństwa. Pamiętała dokładnie dzień, którym rodzice przyprowadzili ją tutaj po raz pierwszy, a ona schowała się pod biurko, nie chcąc wyjść dopóki nie przyniosą jej ukochanej zabawki. Miała wtedy jakieś cztery lata.  Przerażał ją ogrom pokoju i jego ponurość oraz całkowity brak przekonania, że jednak w tym domu ktoś mieszka. Przez lata przyzwyczajała się do ciemności panujących w korytarzach i godzinach samotności, dlatego że nie miała żadnych przyjaciół. A może to żadna inna Nocna Łowczyni nie chciała jej nazywać przyjaciółką.
    Z potoku wspomnień wyrwał ją dotyk, obejmujących ją od tyłu w tali, delikatnych dłoni. Popatrzyła w bok i zobaczyła te kochane rude włosy. Odprężyła się w ramionach swojego męża.
- Kochanie, co tutaj jeszcze robisz? Zaraz zajdzie słońce.
    Zdziwiona popatrzyła za okno. Henry miał rację. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, oblewając czerwonym, ognistym blaskiem cały Londyn, a chmury zmieniając w fioletowe obłoczki. Wschody i zachody Słońca były jej ulubionymi porami w ciągu dnia. Lubiła patrzeć jak świat, ten nieświadomy niebezpieczeństwa czyhającego na każdym progu świat, budzi się do życia. Jak ptaki zaczynają śpiewać na drzewach, kwiaty otwierają swoje listki. Przyziemni otwierają okna, zaczynają wołać jeden drugiego, a ulice Londynu zalewa powoli potok ludzkich głosów – wzburzonych i spokojnych – oraz dźwięki ich kroków.
    Całkowitym przeciwieństwem tych czynności był zachód Słońca. Wtedy ptaki chowały się w swoich gniazdach, znajdujących się głęboko w koronach drzew, kwiaty zamykały się w sobie. Ludzkie kroki cichły w barach i domach, a ich głosy uciekały z dworów do pomieszczeń. Wyglądało to tak jakby podświadomie wiedzieli, że wszystkie potworności tego świata i innych wychodzą z mroku w nocy, a oni są całkowicie wobec nich bezbronni. Jedynym zabezpieczeniem byli Nocni Łowcy, którzy chowali się w budynkach i przed wzrokiem zwykłych ludzi za dnia, a wychodzili w blasku chwały późną porą.  
- Znowu masz tę minę - powiedział roześmiany towarzysz.
- Jaką? – uniosła podbródek w górę, udając oburzenie. Henry delikatnie głaskał jej włosy. Zamknęła oczy. Kochała go całą sobą i miała nadzieję, że może on w końcu też to poczuje. W chwilach takich jak ta, kiedy byli tylko we dwoje wydawało jej się, że może on odwzajemnia jej uczucie, a potem przychodzili inni i to wrażenie pękało jak bańka mydlana.
- Taką – zaczął mocno wpatrywać się w okno, aż jego oczy zrobiły się dwukrotnie większe oraz przestał mrugać.
- Przestań – Charlotte, śmiejąc się, klepnęła go w ramię.
- Przybierasz ją tylko wtedy kiedy jesteś bardzo zamyślona. A to zdarza się stosunkowo często.
     Henry wpatrywał się w nią tak, jakby była pierwszym człowiekiem, którego widział. Jakby była najpiękniejszą kobietą na świecie.
    Charlotte przysunęła się do niego. Patrzyła tylko w jego oczy, te piękne, mądre oczy. Henry dotknął delikatnie jej karku i podniósł jej głowę wyżej. Kiedy poczuła jego wargi na swoich ustach, wciągnęła głęboko powietrze i zamknęła oczy, odcinając się tym samym od problemów związanych z prowadzeniem Instytutu.
   Wplotła palce w jego kręcone włosy, przysuwając się do niego jeszcze bliżej. Poczuła jego nieśmiałe dłonie, przesuwające się po jej ciele, obleczonym w szarą suknię. Nagle zorientowała się, że Henry nie ma na sobie marynarki, mimo że mogłaby przysiąc, że miał ją na sobie kiedy wszedł do bawialni. Teraz jej ręce spoczywały na jego kamizelce, jednak palce powoli wspinały się coraz wyżej i zaczynały bez pośpiechu odpinać jej guziki.
   Henry wplótł palce jednej ręki w jej włosy, niszcząc tym samym piękną fryzurę zrobioną rano przez Sophie. Drugą błądził po jej ciele,  łapiąc co jakiś czas materiał jej sukni.
    Charlotte nie myślała już o niczym innym oprócz jego ust na swoich i ścieżki, znajdującej się na jej ciele, którą podążały dłonie jej męża. Przyciągała go coraz bliżej, a on pchał ją w stronę biurka, przy którym kilka godzin wcześniej pisała list do Konsula. Oparła się o mebel i wygięła plecy w łuk, pragnąc jeszcze więcej dotyku dłoni Henry’ ego jeszcze więcej jego ciała tuż przy jej.
    Położyła się na blacie. Gdy tylko to zrobiła, mężczyzna odsunął się od niej. Miał czerwone policzki, które zamaskowały jego piegi. Popatrzył na nią wielkimi oczami, w których widać było pytanie. Pokiwała delikatnie głową, złapała go za kołnierz koszuli i przyciągnęła z powrotem do siebie.
   Henry osunął się na nią. Wydał z siebie głębokie jęknięcie gdy delikatnie ugryzła go w dolną wargę. Całował jej szyję, obojczyki. Ich ciała tańczyły dziki taniec, a języki nie umiały przestać wariować.  Jego ręka przesunęła się na sznurowadło jej sukni i zaczęła je rozwiązywać. Charlotte trzymała jego głowę, gdy całował ją i pomagała jego dłoniom w uwolnieniu jej z sukni.
   Po paru minutach popatrzył na nią, a ona nie czekając na pytanie, przyciągnęła go z powrotem na swoje ciało, zapominając się w nim całkowicie. W następnej chwili poczuła, że spada, a w jej ciało wlewa się gorączkowe ciepło, którego nigdy wcześniej nie czuła…
 
 
***
 
    Kiedy jedynym oświetleniem biblioteki stały się magiczne kamienie, Will podniósł oczy znad lektury. Przez wielkie witrażowe okna do pokoju wlewało się księżycowe światło, nadając mroczny klimat tonom książek. Podniósł się ostrożnie i stanął na zdrętwiałych nogach. Zaczął powoli ruszać rękami i głową, umożliwiając krwi dopłynięcie do najdalszych części jego zesztywniałego ciała. Gdy przestał czuć bolesne igiełki wbijające się w ciało, ruszył do wielkich, podwójnych drzwi, prowadzących na korytarz.
   Wyszedłszy z biblioteki, skierował swoje kroki do kuchni. Cały dzień czuł bolesne ściskanie w żołądku, jednak książka była tak ciekawa, że Will nie potrafił nawet oderwać wzroku od liter, nie mówiąc o wstaniu. Jednak gdy skończył już ją czytać, a w bibliotece było za ciemno by sięgnąć po kolejną powieść, stwierdził, że trzeba coś zjeść.
   Na kuchennym stole czekała na niego miła niespodzianka. Stał na nim talerz pełen jego ulubionych, czekoladowych ciastek i babeczek. Obok leżała karteczka, na której widniał napis: „Dzielnemu głodomorkowi o czarnych jak heban włosach i oczach jak odcień północnego nieba – Agatha.” Will schował karteczkę do kieszeni marynarki i zabrał  półmisek ze sobą. Gdy wszedł do swojego pokoju, położył się na stosie poduszek, leżących na łóżku i spojrzał na okno, a bardziej na tętniący życiem Londyn, teraz powoli cichnący i w zamyśleniu zaczął jeść prezent od kucharki.
   Kiedy wreszcie się najadł, dochodziła północ. Nie zawracając sobie głowy przebraniem się w pidżamę, zwinął się na pościeli w kłębek i po chwili znalazł się w głębokich i ciepłych objęciach Morfeusza.
    Z miłego snu o słonecznym dniu w Walii wyrwał go ogromny, gwałtowny ucisk w piersi.
JEM! MUSZĘ BIEC DO JEMA!
Takie słowa pojawiły się w jego głowie. Wyskoczył z posłania, porwał z oparcia krzesła czarny szlafrok i popędził do pokoju swojego parabatai.
    Gwałtownie otworzył drzwi. Na środku pomieszczenia, w świetle księżyca, na zimnej podłodze klęczał Jem. Co kilka sekund jego ciało przechodził potężny dreszcz. Will podbiegł do swojego przyjaciela. Na koszuli kolegi powiększała się czerwona plama. Jema chwycił kolejny atak kaszlu, a po jego szyi spłynął kolejny strumyczek życiodajnego płynu. Will doskoczył do stolika nocnego, na którym znajdowała się szkatułka z wizerunkiem chińskiej bogini i wyciągnął z niej małą garść srebrnego proszku. Obok pudełeczka stał porcelanowy dzbanek i kubek. Will nalał do niego wody, wsypał proszek, a wszystko wymieszał małą łyżeczką. Szybko podał ją parabatai, a ten wypił zawartość kubeczka.
   Will pomógł Jemowi wstać na nogi i zaprowadził go do łóżka.
- Co się stało Jem? – zapytał zaniepokojony, siadając w fotelu.
- Nic. Po prostu grałem, gdy nagle poczułem ogromny smutek. No wiesz, rodzice i tym podobne sprawy.
- Rozumiem – Will ze zrozumieniem pokiwał głową.
- Nagle poczułem zawroty głowy i serce zaczęło szybciej bić.
- No to już wiemy co nam twój organizm chciał powiedzieć.
- Co? Bo ja nie wiem.
- Nie idziesz jutro do Whitechapel – oświadczył stanowczo Will
- Właśnie, że idę.
- Nie idziesz. Ten jeden raz Jem. Sophie przecież będzie. Charlotte pewnie też zostanie.
- No dobrze. Ale potem masz mi wszystko dokładnie opowiedzieć. Dobrze Williamie?
- Oczywiście Jamesie. A teraz spróbuj zasnąć.
- Ty też – Jem uśmiechnął się sennie. Jego oczy coraz bardziej się zamykały aż wreszcie Will poczuł, że oddech jego przyjaciela zwalnia i staje się równomierny. Wstał jak najciszej potrafił i wyszedł na palcach z pokoju. Uspokojony wszedł do swojego łóżka. Jednak nie umiał zasnąć. W głębi duszy czuł - choć nie potrafił tego wytłumaczyć – że następnego dnia całe jego życie wywróci się do góry nogami.
 
 
    Następnego dnia Will wstał zadziwiająco wyspany, mimo że zasnął dopiero o świcie. Przebrał się w czyste ubranie i powłóczystym krokiem zszedł na śniadanie. Opadł na krzesło i czekał aż zjawi się reszta domowników.
    Charlotte przyszła razem z Henrym, wyjątkowo w dobrym humorze. Następnie weszła jak zwykle naburmuszona Jessamine. Na końcu wszedł Jem. Był bardzo blady, a pod jego oczami widniały fioletowe plamy.
    Po chwili na stole pojawiły się półmiski pełne różnorodnych przysmaków. Każdy z obecnych mógł wybrać sobie to na co w danej chwili miał ochotę. Po chwili wszyscy zaczęli w ciszy spożywać śniadanie.
   Gdy na stole pojawiły się ciasta i ciasteczka, do jadalni weszła Sophie z listem w ręku.
- Pani Branwell, przed chwilą przyszedł do pani list.
 Charlotte wzięła do ręki pismo i przeczytała je.
- Mamy pozwolenie Konsula na interwencję. Teraz pytanie: kto jedzie do rezydencji Mrocznych Sióstr?
- Ja dodam od siebie, że jest to burdel – powiedział spokojnie Will.
- Ja nie jadę! – wykrzyknęła Jessamine.
- Ależ mi niespodzianka – mruknął cicho Will.
- Jem myślę, że ty też nie powinieneś jechać – stwierdziła ostrożnie Charlotte – Widzę, że chyba nie jesteś dzisiaj w najlepszej formie.   
- Może masz rację – odparł spokojnie chłopak – Will i tak na pewno opowie mi wszystko aż za bardzo dokładnie – uśmiechnął się.
 
***
    
   Reszta dnia minęła w niecierpliwym oczekiwaniu wieczora. Jem cały dzień grał na skrzypcach i pomagał reszcie przygotować się do wyjazdu. Po rozmowie z Henrym Charlotte stwierdziła, że także zostanie i dotrzyma Jemowi towarzystwa. Jessamine schowała się w swoim pokoju, nie wpuszczając nikogo wymawiając się od pomocy bólem głowy.
   Will zastanawiał się razem z Henrym i Thomasem, który także miał jechać, jaką broń najlepiej wziąć.
    Nikt nie zjadł obiadu i kolacji. Thomas i Will oporządzali konie, a Henry jak zwykle ukrywał się w swojej krypcie.
    Wreszcie, gdy słońce zaszło przed Instytut wyszli wszyscy jego mieszkańcy, za wyjątkiem Jessamine. Powiedziała, że nie ma siły wstać z łóżka. Jednak Will widział jej twarz obleczoną jasnymi lokami w oknie jej pokoju. Charlotte ucałowała męża, gdy ten wsiadał do powozu. Sophie i Agatha trzymały się trochę na uboczu, wpatrując się w odjeżdżających. Jem przytulił bratersko Willa szepcząc mu do ucha, aby nie wrócił cały połamany i umazany krwią, ponieważ będzie musiał sam sprzątać i klepnął go przyjacielsko w ramię. Thomas ukłonił się damom, a następnie podszedł do Sophie i ucałował ją w dłoń zakrytą rękawiczką.  „Ciekawe czy Sophie wie albo domyśla się, że Thomas jest w niej zakochany.” – pomyślał Will, wszedłszy do powozu.
- A więc Henry – zaczął – czeka nas dzisiaj męska wyprawa.
- Rzeczywiście. Jak myślisz co znajdziemy w domu Mrocznych Sióstr?
- Nie wiem. Ale czuję, że nie pożałujemy naszej wyprawy.
- A ja czuję, że długo jej nie zapomnimy.
   Pozostała część jazdy minęła w ciszy. Will wiedział o czym myśli jego towarzysz. Co znajdą w środku. Czy będzie tam niebezpiecznie. Czy Podziemnym Światem zawładnie wojna. To były tylko niektóre z miliardów pytań, kłębiących się w głowie młodzieńca.
    Nie wiedział ile czasu minęło od wyjazdu z Instytutu do momentu, w którym konie gwałtownie zatrzymały się,  chłopak wyskoczył z powozu, a po chwili mojego prawej i lewej pojawili się Thomas i Henry. Ich oczom ukazał się dziwny i niespotykany widok. Naprzeciwko nich stał olbrzymi dom. Bardzo brudny i zaniedbany dom. Okna były zaryglowane, a kotary zasunięte tak, aby nie przepuszczały ani jednej odrobiny światła dziennego.
- To co, wchodzimy?
- Chyba tak – odpowiedział trochę niepewnie Henry. Cała trójka trzymała już w rękach serafickie noże i magiczne kamienie.
   Will podszedł pierwszy, a gdy nie zdziwiony, zorientował się, że drzwi są zamknięte, wyciągnął stelę i narysował na niej znak otwarcia. Wrota otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Ich oczom ukazał się prostokąt ciemności. Gdy znaleźli się w głównym holu wiedzieli jedną rzecz.  W budynku znajdowało się tyle pokoi, że gdyby przeszukiwali je razem zajęłoby im to strasznie dużo czasu.
- Trzeba się rozdzielić – Thomas powiedział na głos to o czym myśleli.
- Thomas ty zostań ta tej kondygnacji, Will ty idź na pierwsze piętro, a ja sprawdzę podziemia – zadecydował Henry. I nie czekając na odpowiedź poszedł odważnym krokiem w stronę schodów prowadzących w ciemność. Thomas i Will popatrzyli na siebie w niemym zdumieniu, a następnie każde z nich poszło w różnych kierunkach.
   Stopnie, prowadzące na pierwsze piętro były ciemne, pokryte kurzem. Dlatego też odbiły się na nich ślady stóp. Przez długi okres czasu dwie osoby schodziły i wchodziły schodami. Najświeższe ślady przedstawiały trzy pary stóp wchodzących na pierwsze piętro. Jedna z osób szarpała się, widać to było w nierównomierności kroków. Will wszedł szybciej. „Na burdel mi to nie wygląda.” – pomyślał „Moim zdaniem jest tutaj za obskurnie.”
    Większość pokojów była pusta, nie używana. Jeden pokój zrobił na Willu wrażenie. Był cały biały. Na środku stało wielkie łoże. Wielkie białe zasłony były udrapowane wokół niego. Chłopak podszedł do garderoby. Wisiał tam tylko jeden strój. Suknia ślubna. Dla Przyziemnej. „Ciekawe. Skąd w burdelu Podziemnych znalazła się suknia ślubna dla przyziemnej damy?” – zastanawiał się Will, wyszedłszy z dziwnego pokoju.
    Znowu ujrzał odciski stóp na posadce. Poszedł za ich śladem. Doszedł do drzwi znajdujących się na końcu długiego korytarza. Sięgnął do gałki. Była zardzewiała i przydałoby się, aby ktoś ją naoliwił. Kiedy wreszcie  je otworzył usłyszał cichy okrzyk. Ujrzał biały kształt lecący w jego stronę. Uskoczył w bok jednak poczuł coś ciężkiego, uderzającego w jego wyciągniętą dłoń. Przeklnął. I to nie raz, ale wiele razy. Zdrową ręką sięgnął do kieszeni stroju bojowego i wyciągnął z niego magiczny kamień. Pokój oblało jasne świtało. Obrócił się, słysząc kroki. Kiedy zorientował się co, a raczej kogo ma przed oczami bardzo się zdziwił. Spodziewał się zobaczenia wielu rzeczy, ale nie… dziewczyny.
    Przed nim stała wysoka, szczupła dama. Miała poważną twarz, a jej oczy były rozszerzone ze zdziwienia. Była ubrana w niemodną, czarną suknię, odsłaniającą czubki butów. W rękach ściskała resztki dzbanka.
   Miała bardzo ładną twarz. Podbródek ostro zakończony. Delikatny nosek. Oczy były duże i szare jak morze w czasie sztormu. Długie rzęsy rzucały cień na wystające kości policzkowe.
   Widząc jej zdziwienie chłopak zaczął konwersację. Zorientował się, że dziewczyna nie jest świadoma tego, że znajduje się w burdelu, jest Amerykanką, jest bezpośrednia i… bardzo go intryguje. Ucieszyła go także wiadomość, że jest obeznana z literaturą. Uwielbiał dziewczyny, które znały się na poezji. Nazywała się Theresa Gray. Ładnie. Nazwisko pasowało do koloru oczu. Miły zbieg okoliczności.
   Była zagubiona. Z rozmowy wywnioskował także, że martwi się o swojego brata i  miała nadzieję, że szybko go zobaczy.
   Panna Gray miała w zwyczaju go poprawiać. Miała wtedy bardzo zabawną minę. Jej oczy jaśniały, a prawy kącik ust podnosił się nieznacznie do góry. Próbował powstrzymać się od ciągłego zerkania w jej stronę. Niestety nie potrafił się do tego zmusić. Ta tajemnicza dziewczyna intrygowała go bardziej niż ktokolwiek, cokolwiek od początku jego istnienia.
   Pobiegł, trzymając ją za rękę, do piwnicy mając nadzieję, że niedaleko znajdzie Henry’ego, który pomógłby mu z Theresą.
    Gdy dama zawołała go, przerażonym głosem, poczuł, że musi ją obronić przed niebezpieczeństwem, czyhającym na nią z każdej strony. W tym momencie zorientował się, że uczucie, które towarzyszyło mu przez cały poprzedni dzień dotyczyło jego spotkania z tą dziewczyną. To ona miała dokonać przewrotu w jego życiu. Tylko nie wiedział jeszcze jakiego rodzaju zmiany miała wprowadzić w jego zwykłej egzystencji.
    Kiedy w drzwiach pomieszczenia, w którym znajdowali się Will i Tessa pojawiły się mroczne Siostry, podchodząc do dziewczyny z wyrazem mordu w oczach, chłopak zeskoczył ze stołu, na którym akurat stał i pojawił się między nimi a panną Gray.
    W trakcie ich krótkiej rozmowy chłopak zorientował się, że jego towarzyszka ma przed nim wiele sekretów i na pewno nie jest zwykłą Przyziemną. Możliwe, że nawet pochodziła ze Świata Cieni.
     Potem nastąpił wybuch, a cała ściana legła w gruzach. W momencie, w którym Will usłyszał wybuch tak potężny jak grzmot, mógł myśleć tylko o tym, aby Tessie nie stała się krzywda, więc szybko złapał ją, przyciągnął do siebie i nakrył własnym ciałem, chroniąc tym samym przed śmiercionośnymi szczątkami gruzu. Czuł przyśpieszone bicie jej serca tuż przy swoim. Jej szybki i ciepły oddech na swojej nagiej skórze. Obróciła się w jego ramionach prawdopodobnie po to, aby zobaczyć co się dzieje. Tym samym jego dłonie spoczęły na jej plecach i w wilgotnych włosach. Były bardzo miękkie i jakoś nie pasowały Willowi do charakteru swojej nowej koleżanki. Ona była twarda i, mimo że czuła strach, była bardzo dzielna.
     Następnie rozbłysło światło serafickich noży. Will błyskawicznie odepchnął Tessę od siebie i rzucił nożem w jedną z atakujących kobiet. Chłopak spojrzał na Tessę. W jej oczach było widać przerażenie i zaintrygowanie jakby nie do końca mogła uwierzyć w to co dzieje się dookoła niej. Po chwili podeszli do niego Henry i Thomas.
- Henry czy mógłbyś odprowadzić tamtą damę w chociaż odrobinę bezpieczniejsze miejsce? – zapytał Will, wskazując palcem na pannę Gray, która oderwała się od ściany i próbowała dojść do otwartych drzwi.
- Oczywiście – odparł zapytany i ruszył w kierunku dziewczyny.
- Chodź Thomas pobawimy się z tą panią w berka – uśmiechnął się chytrze.
Thomas przewrócił oczami i ruszył za Herondalem.
   Ich ofiara szukała wzrokiem swojej towarzyszki, a dokładniej jej ciała, próbując dojrzeć coś w gęstej mgle. Will podkradł się do niej od tyłu i dał znak swojemu koledze, aby ją złapał. Po chwili kobieta wiła się w potężnych ramionach chłopaka. Nagle Herondale usłyszał krzyk Henry’ go. Nie mógł ukryć rozbawienia, gdy dowiedział się, że jego podopieczna ugryzła jego druha.
   Nagle z pomiędzy oparów wydostała się postać pierwszej „zabitej”. Ruszyła z obnażonymi zębami na Willa. Uskoczył jej z drogi, jednak Henry nie miał tyle szczęścia. Wczepiła się w niego jak kleszcz, aż towarzysz krzyknął z bólu. Zobaczył tylko kątem oka, że panna Gray prawie przytula się do ściany, gdy jednym precyzyjnym ruchem uciął kobiecie głowę, która potoczyła się po podłodze.
   W tym momencie usłyszeli krzyk pełen cierpienia. Wydała go z siebie druga pani. Will na chwilę znieruchomiał, uświadomiwszy sobie, że mogły to być siostry, a właśnie jedną z nich, na oczach drugiej pozbawił życia. Jednak gdy uwolniła się z pomiędzy ramion Thomasa i ruszyła na Grayównę, rzucając w jej stronę coś co wyglądało na niebieski piorun, to uczucie prysło tak szybko jakby nigdy wcześniej się nie pojawiło. Bez udziału woli wyskoczył przed ratowaną z wyciągniętym mieczem. Błyskawica odbiła się od klingi i uderzyła w jedną z pozostałych ścian, przez chwilę rozjarzając ją wszystkimi kolorami jakie istniały na świecie.
    Bojąc się o Theresę po raz drugi kazał Henry’emu ją wyprowadzić, mając nadzieję, że tym razem się uda. Kobieta znowu zaatakowała, tym razem atakując pannę Gray zieloną błyskawicą. Will odparł atak. Piorun rozprysł się na setki małych promieni, lecąc w każdą stronę. Po chwili usłyszał ostrzegawczy krzyk Henry’ego skierowany do swojej podopiecznej, jej krzyk, a następnie głuche uderzenie o ścianę. Odwrócił się w momencie, gdy jego towarzyszka zaczęła przewracać się. Will złapał ją w ostatniej chwili, chroniąc przed upadkiem.
    Wziął dziewczynę na ręce. Atakująca zniknęła.
- Chyba powinniśmy wracać do Instytutu – powiedział Thomas, patrząc na skutki bitwy.
- A co zrobimy z tą dziewczyną? – spytał Henry.
- Panną Gray – dodał machinalnie Will. Całą uwagę skupił na niewiaście, którą trzymał w objęciach. Na jej płytkim oddechu i włosach okalających twarz.
- Może zanieśmy ją do Instytutu, a tam zadecydujemy co z nią będzie. Musi coś znaczyć dla Podziemnego Świata. Widać było, że Mroczne Siostry nie chciały jej wypuścić.
- Dobrze.
   Wyszli ramię w ramię z jeszcze bardziej zniszczonego budynku. Konie stały dokładnie w tym miejscu, w którym je zostawili. Delikatnie grzebały kopytami w ziemi. Thomas siadł na miejscu woźnicy. Henry wszedł do powozu, Will naprzeciwko niego i ułożył sobie nieprzytomną na kolanach.          
   Wpatrywał się w jej twarz. Poczuł na sobie czyjś wzrok. Podniósł głowę i zobaczył, że Henry wpatruje się niego i delikatnie uśmiecha, zerkając zalotnie na Tessę. Will wiedział o co mu chodzi, ale nawet przed sobą nie chciał przyznać, że zaczęło mu zależeć na Tessie. „Pannie Theresie Gray” – poprawił się w myślach.  Jednak czuł jakby znał ją bardzo długo, a nie godzinę. Delikatnie zaczął odgarniać jej włosy z twarzy, wpatrując się w jej zamknięte oczy.
   „Chyba naprawdę moje życie się zmieni” – myślał. Czuł jednak, że jego życie już się zmieniło, ale to wcale nie miał być koniec metamorfoz.  Najważniejsze czekały jeszcze w dalekiej przyszłości.   

4 komentarze:

  1. Świetne opowiadanie :) Miło jest przeczytać wydarzenia z punktu widzenia innej osoby ;D I jeszcze ten opis "pocałunku" Charlotte i Henry'ego ;P Bardzo lubiłam tą parę w DM i byłam trochę zawiedziona, że Cassandra dała mało opisów ich wątków miłosnych, więc fajnie było przeczytać taki fragment ;) jeszcze na koniec życzę dużo weny i wytrwałości w pisaniu ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziewczyno masz talent do pisania. Strasznie ci zazdroszcze, też bym chciała mięć taki talent pisarski. Mogę ci się pochwalić bo też pisze bloga o Jace i Clary, o innej historii ich spotkania. Zapraszam na http://clary-i-jace-inna-historia.blog.pl Po przeczytaniu przekonasz się że nie mam talentu do pisania jak ty, u mnie talent obiawił się w szkicowaniu i malowaniu ( większośc szasu szkicuje projekty ubbrań :) ) Ale jestem zakręcona w komentarzach pisze się opinie na temat wpisów, anie o sobie. Do przeczytania :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Heej! Właśnie zostałaś nominowana do nagrody Libster Award! Chcesz się dowiedzieć więcej? Zapraszam na: http://jakzostalamnocnymlowca.blogspot.com/2014/07/libster-award-1.html

    OdpowiedzUsuń
  4. Przykro mi ale coś jest nie tak z nowym postem... Wyświetla mi się w liściena bloggerze, a gdy kliknę żeby go odpalić nic się nie pokazuje... Wiesz o co chodzi? :c

    OdpowiedzUsuń