czwartek, 21 sierpnia 2014

"1878 i 2008 rok" - dalsza część opowiadania

Właśnie przed chwilą skończyłam poprawiać kolejny fragment opowiadania opisującego spotkanie Nocnych Łowców z 1878 i 2008 roku.
Miłego czytania. :)




    Pierwsze co Will poczuł to gorąco, nieopisany żar, którym przesycony był każdy mebel w krypcie. Buchnął w niego tak mocno, że aż zachwiał się na nogach, a włosy momentalnie opadły na jego czoło w jeszcze większej masie loków niż normalnie.
    Rozejrzał się po pokoju, próbując zarejestrować z czego wydobywa się ten trawiący wszystko na swojej drodze płomień gorąca. Kątem oka dostrzegł delikatny ruch. Odwrócił się w tamtą stronę i…
    Osłupiał. Tam gdzie powinna znajdować się ściana, górowało przed Willem dziwne urządzenie, które wyglądało jak ogromna tafla wody. Pod nią kotłowało się coś co przypominało ogromne masy spiętrzonej wody, raz za razem obijające się o powierzchnię. Ciecz podążała dookoła granicy według ruchu wskazówek zegara wybrzuszając się i załamując, tworząc coś na kształt wielkiego wiru prowadzącego w nieznane. Im głębiej się patrzyło tym woda zmieniała swój kolor. Z lazurowego w błękit królewski, następnie w kobaltowy, dalej przechodzący w atramentowy, stając się na końcu niedającą nic za nią dostrzec głęboką czerń. Co jakiś czas woda nagle rozbłyskiwała, stając się o odcień jaśniejszą. Wyglądało to tak jakby w samym jej sercu znajdowała się ogromna burza, która co jakiś czas atakowała tajemniczą wodę milionami potężnych błyskawic.
    Chwila zdziwienia minęła. Chłopak uświadomił sobie, że to z wnętrza tego… czegoś pokrywającego ścianę laboratorium wydobywa się to palące gorąco. Po chwili w jego nozdrza uderzyły kolejne zapachy: coś słodkiego, co zdawało się aż lepić i jakby palonego kadzidła. Will ostatnimi czasy spędzał dużo czasu z Magnusem Bane’em, więc wiedział, że taki zapach mogą wydzielać niektóre rodzaje magii.
Ale przecież Henry nie mógł używać magii. Nie wolno mu było. Prawda?
    Jego uwagę przyciągnęło dziwne małe pudełeczko przyczepione dziwnymi parującymi przewodami do ogromnej tafli.
Trochę jak serce pompujące życiodajną krew do mózgu.
     Jego wieczko tworzył ekran, na którym przewijało się tysiące obrazów. Nie tylko czarno – białych, ale w większości kolorowych. Niektóre były takie dokładne i realistyczne, że wydawało się jakby ktoś naprawdę zatrzymał scenę rozgrywającą się przed jego oczami, zmniejszył i przyczepił na kartkę papieru, aby wyglądała jak zwykły obraz. W prawym dolnym rogu każdego ze zdjęć widniała data: 1850, 1914, 1966, 1997, 2000, 2005, 2008 i wiele innych.
      Nagle świat zwolnił. Will poczuł nieodpartą chęć dotknięcia tego dziwnego, małego urządzenia. Zrobił pięć kroków, wziął trzy głębokie oddechy, wyciągnął dwa drżące palce.
- Will! Co ty zamierzasz zrobić?! – krzyknął Jem. Wszyscy jego przyjaciele stali w odległości kilku stóp, patrząc z niepokojem czającym się w oczach. Will popatrzył na nich, a potem skierował swoje spojrzenie z powrotem na dziwne pudełeczko.
     Gdy od urządzenia dzieliły go tylko centymetry, jakaś ręka chwyciła go za przegub. Oderwał swój wzrok od urządzenia i powiódł nim po ostatniej barierze dzielącej go od tego dziwnego czegoś. Przesunął swój wzrok z chudego nadgarstka, na szczupłe przedramiona, następnie ramiona, szyję, aż w końcu spojrzenie jego oczu spoczęło na wpatrzonych w niego oczach. Znajomych. Chyba nikt na tym świcie nie miał takich oczu. Były to zielono – brązowo – złote oczy, których źrenice były wąskie i nieludzkie. Church miał dokładnie takie same.
- Patrzysz na ulepszoną wersję Global Positioning System, czyli GPS.
- Magnus?
- Cześć przyjacielu – czarownik uśmiechnął się do niego i klepnął go w ramię – Minął szmat czasu odkąd ostatni raz się widzieliśmy nieprawdaż? – mówił dalej uśmiechając się. Cały aż promieniał szczęściem.
- No nie aż tak dawno. Ledwo parę tygodni temu.
- Według twojego czasu minęło dopiero kilka tygodni, ale według mojego to ponad 130 lat.
- Ale jak…? – Przecież to niemożliwe. Ale potem Will popatrzył na strój Magnusa i przeraził się tym co zobaczył. Czarownik miał na sobie skórzaną, pokrytą cekinami błyszczącymi na złoto w ciemności cekinami, a pod nią koszulę z tak cienkiej bawełny, że prześwitywała przez nią skóra mężczyzny. Jej kolor przechodził z koloru kości słoniowej przez odcienie czerwieni: od najjaśniejszej aż doszła do krwistej. Jego spodnie też były bardzo dziwne. Wyglądało to tak jakby ktoś namalował na nich tęczę, ale zapomniał w jakiej kolejności narysować kolory, ani jaki kształt z nich stworzyć. Wyszły więc z tego nieregularne plamy czerwieni, pomarańczu, żółci, zieleni, błękitu, granatu i fioletu. Na stopach miał fioletowe mokasyny. Włosy były posypane fioletowym brokatem i sterczały w każdą stronę. Wyglądało to tak jakby ktoś pokrył je czymś co pozwalało im stać pod tak nienaturalnymi kątami.
- Eee… - Will odchrząknął – Co ty masz na sobie?
    Magnus widząc jego reakcję na strój jaki miał na sobie zaczął się śmiać. Will powiódł spojrzeniem po swoich towarzyszach. Każdy z nich miał takie same miny. Patrzyli na Magnusa tak jakby poskradał rozum, albo uciekł z zakładu dla psychicznie obłąkanych. Chłopak domyślał się, że on też musi tak patrzeć na czarownika.
- To jest dość.. oryginalny strój – powiedziała ostrożnie Charlotte.
- Och droga pani Branwell. W waszych czasach ten strój jest rzeczywiście oryginalny, lecz w moich czasach, cóż, także jest uważany za oryginalny – zaśmiał się.
- W twoich czasach? – zapytała Tessa – Więc…?
- Och kochana Tesso. Jestem pierwszym użytkownikiem wehikułu czasu Henry’ego. Przybywam do was z Instytutu nowojorskiego z 2008 roku.
- Z 2008 roku? – zapytali wszyscy jednocześnie prawdopodobnie pierwszy i ostatni raz w historii.
- Tak. To co tutaj widzicie – wskazał na dziwną ścianę – jest połączeniem geniuszu pana Branwella, mojej magii i XXI – wiecznych wynalazków.
- To kiedy wyruszamy? – zapytał od razu Will. Henry popatrzył na niego z uśmiechem.
- Jeśli chcecie to można już teraz.
- Jeśli Will idzie to ja też – Jem podszedł do swojego parabatai i dotknął jego ramienia. Po chwili podeszła do nich reszta ich małej rodziny.
    Widząc to, czarownik podszedł do ściany i wymamrotał parę słów w języku, które brzmiały jak strzelanie z bata.
- Wchodźcie – Henry poszedł pierwszy, potem Will, Tessa, Jem, Cecily, Charlotte, Sophie, Gideon, a na końcu Magnus.
   Gdy od wejście w głęboką toń dzielił Willa tylko jeden krok, poczuł się tak jakby niewidzialna ręka złapała poły jego marynarki i wciągnęła w wodę. Zakręciło mu się w głowie. Nagle znalazł się w czymś co wyglądało jak niekończący się pokój z zaokrąglonymi ścianami, sufitem i podłogą. Na środku pomieszczenia znajdował się ogromny ekran na którym przewijały się sceny z historii ludzkości, wydawało się, że Will patrzy na czyjeś wspomnienia. Chłopak poczuł się tak jakby stał się tego co działo się przed jego oczami.
    Było późne popołudnie ludzie krzątali się po chodnikach, zamiatali śmieci, po ulicach jeździły powozy, potem między nimi pojawiały się pojazdy, których nie ciągnęły konie. Następnie powozy zostały zastąpione przez coraz nowsze modele tych dziwnych pojazdów. Ludzie zachowywali się coraz mniej oficjalnie. Kobiety zaczęły nosić coraz bardziej obcisłe suknie. Potem zrobiły się krótsze, a na końcu były pozbawione gorsetów. Mężczyźni nosili inne kapelusze, marynarki, spodnie do kolan.
    Nagle na niebie pojawiły się czarne chmury, które w jednej chwili zasłoniły słońce jak kurtyna obwieszczająca koniec sztuki w teatrze. Na atramentowym firmamencie pojawiły się wielkie metalowe ptaki, o których korpusy odbijały się wielkie lodowate krople deszczu. Znajdowali się w nich ludzie, którzy strzelali do siebie nawzajem. Na ziemię spadały kule, które przy zderzeniu z gruntem wybuchały i niszczyły wszystko dookoła łącznie z budynkami. Słyszał krzyki dzieci i rozpacz kobiet. Widział tysiące martwych ciał na ulicach. Nad niektórymi pochylały się kobiety i dzieci. Ciągnęły nieżywych mężów i ojców, wrzeszczały, płakały. Przecznice zalała powódź czerwonej wody. Z przerażeniem Will zauważył, że to krew. Z każdej strony, spomiędzy ruin wychodzili kolejni mężczyźni i dzieci z karabinami, próbując stawić czoła wrogowi, którego chłopak nie mógł dostrzec. Z każdym kolejnym jękiem Will czuł jak w jego pierś wbija się nowy odłamek szkła. Z każdym kolejnym wystrzałem każdy kawałek wbijał się głębiej w jego duszę.
    Po chwili wszystko ucichło, a na niebie znowu zaczęło świecić słońce. Spomiędzy gruzów wychodzili ludzie. Wychudzeni i bladzi, ale gotowi by odbudować swoje miasta i życia zniszczone przez przemoc i śmierć.
    Słońce podniosło się wyżej i nastało południe. Na miejscu dawnych ruin stały teraz wysokie na kilkaset metrów budynki ze szkła i innych lekkich materiałów. Ludzie znowu chodzili bezpiecznie po ulicach, a na ich ustach na dobre zagościł szczęśliwy uśmiech jakby zapomnieli o strasznej przeszłości. Jednak Will widział, że przez te lata ludzie przestali chodzić tak sprężyście i powolnie jak wcześniej. Teraz byli jak struny, proste i nieugięte. Chodzili szybko, wiecznie się śpiesząc, nie zatrzymując się, aby porozmawiać z przechodniami w parkach lub na ulicach. Ich ramiona były napięte jakby bali się następnego dnia, jakby bali się, że znowu wybuchnie wojna i na ziemi na nowo pojawi się piekło.    
   Nagle ekran zniknął, a przed Willem zaczęła bardzo szybko powiększać się plama światła. Zaskoczony wypadł z okrągłego pokoju, by po chwili znaleźć się… w kolejnym pokoju. Tym razem ten miał normalne kształty. Cztery proste ściany. Jeden sufit. Jedna podłoga. Jedne podwójne, ciężkie drzwi.
    Nim zdążył bliżej zapoznać się z pomieszczeniem, w którym obecnie się znajdował usłyszał kobiecy pisk. Obrócił się w samą porę by złapać dziewczynę, która wypadła z wynalazku Henry’ego. Siła uderzenia powaliła ich oboje na twardą posadzkę. Gdy otworzył oczy zobaczył, że leży na nim Tessa. Jej ramiona obejmowały jego szyję, a nogi owinęły się dookoła bioder. Jego dłonie spoczywały na jej plecach. Jej twarz znajdowała się niebezpiecznie blisko jego. Obydwoje nie mogli zaczerpnąć tchu. Ich oddechy mieszały się w jedno. Jej piersi obijały się o jego klatkę piersiową z każdym wdechem. Dziewczyna zamknęła oczy i pochyliła głowę.
- Oj widzę, że ktoś miał wypadek – powiedział rozbawiony Jem, który właśnie wyskoczył z wehikułu. Tessa wstała i otrzepała spódnice. Will także podniósł się z ziemi i spojrzał na osiem par wpatrzonych w niego oczu.
- Rozumiem, że wszyscy już są – powiedział Magnus. Pokiwali głowami. Czarownik machnął ręką i wynalazek zniknął – Witam w Wielkiej Bibliotece Instytutu nowojorskiego.
    Will wciągnął powietrze. Usłyszał, że Tessa robi to samo. Popatrzyli na siebie i równocześnie zaczęli się śmiać. Rozglądali się na wszystkie strony, chłonąc każdy najmniejszy szczegół. W bibliotece stały regały pełne książek. W połowie przecinały je galerie, na które wchodziło się kręconymi, pozłacanymi schodkami. Na podłodze znajdowały się niebieskie kamyczki, które nie przypominały Willowi żadnego wzoru. Wiedział jednak, że żeby zrozumieć ich znaczenie trzeba było znaleźć się bardzo wysoko. Chłopak czuł nieodpartą chęć, aby wyjść zza regału, za którym się chowali, aby chociażby tylko przesunąć swoimi roztrzęsionymi palcami po tysiącach tych starych i zakurzonych woluminów.
    Niespodziewanie usłyszał szczęk otwieranych drzwi i do biblioteki wpadła odrobina światła, którego źródło znajdowało się na korytarzu. Do pokoju weszła niska, szczupła dziewczyna. Willowi wydawało się, że może mieć szesnaście, siedemnaście lat. Łabędzią szyję i plecy okalały długie, rozpuszczone, rude loki. Wielkie, zielone oczy, okolone długimi miedzianymi rzęsami patrzyły zafascynowane na wszystkie książki znajdujące się w bibliotece, a równocześnie na każdą z osobna. Palcem przesuwała w roztargnieniu po jednej z półek.
- Co ta dziewczyna ma na sobie? – zapytała przerażona, ale zaciekawiona Cecily. Will przesunął wzrok z twarzy nowo przybyłej na resztę jej ciała. Była ubrana w cienką turkusową bluzkę. Prawy rękaw zaczynał się od miejsca w którym kończył się lewy(za barkiem), a odsłaniał resztę ręki tuż przed zgięciem łokcia. W świetle wyraźnie odznaczała się blizna w kształcie gwiazdy, która umiejscowiona była na prawym ramieniu dziewczyny. Miała na sobie krótką spódnicę, która odsłaniała kształtne nogi od ¾ uda oraz buty, które przypominały obuwie jego przyjaciółek, ale te XXI – wieczne miały wyższe obcasy. Dziewczyna zaczęła wchodzić po spiralnych schodach na jedną z galerii. Zaczęła nucić pod nosem wesołą melodię, poszukując jakieś pozycji na półce.
- Clarissa Fray – wyjaśnił szeptem Magnus.
- Jej nazwisko brzmi prawie tak samo jak moje – wyszeptała Tessa – Różni się tylko jedną literą.
- Nie bez przyczyny jej nazwisko jest tak bardzo podobne do twojego. Tak naprawdę Clary ma na nazwisko Morgenstern, ale jeśli chcecie używać tego po jej mamie to brzmi ono Fairchild.
- Fairchild? – zapytała Charlotte – Czyt to znaczy, że ja jestem z nią spokrewniona?
- Obydwoje jesteście. Ona jest dumna, że jesteście jej przodkami, a wy powinniście być dumni ze swojej prapraprawnuczki. Mówi się o niej, że to mała dziewczyna, która powstrzymała wielką wojnę.
- Ale o co chodzi z tym nazwiskiem? – zapytała Sophie – Jestem bardzo ciekawa.
- Wszystkiego na pewno za niedługo się dowiecie. Ktoś, pewien jeden gość, na pewno zaraz tutaj przyjdzie, gdy tylko dowie się, że Clary tutaj jest.
- Kto tak pięknie gra na fortepianie? – zapytała oczarowana Cecily. W tym momencie Will zorientował się, że od jakiegoś czasu do pokoju wlewała się muzyka, słodka a zarazem bezdennie smutna muzyka, w każdym bądź razie dla niego smutna. Chłopak musiał przyznać, że ten ktoś naprawdę ma wielki talent.
- To Chopin – powiedział po chwili Jem.
- Ale jak może to grać Fryderyk Chopin? Przecież on nie żyje od dobrych… Aaaa rozumiem. Ta muzyka została napisana przez tego kompozytora - powiedziała Cecily.
- Jest to  Fantazja A - dur.
- Fantazje moje są tak wielkie,/że tylko muzyka może do nich dotrzeć jeśli zechce. – wyrecytował cicho Will.
- Co to za utwór Will? – zapytała Tessa – Nie przypominam sobie takiej strofy w żadnej z przeczytanych dotąd przeze mnie książek.
- Sam to przed chwilą wymyśliłem.
- Oh. Naprawdę bardzo ładne.
    Po tych słowach nikt już nic nie mówił. Will zauważył, ze muzyka sprawia Clarissie wiele przyjemności. Kołysała się w rytm muzyki wystukując na półkach rytm. Przez kilka minut słuchali delikatnej fortepianowej muzyki, lekkiej jak talk w milczeniu. Słuchając utworu Will zobaczył przed swoimi oczami błękitne niebo.  Białe obłoczki, wyglądające jak baranki pasące się na firmamentowej łące. W czasie gdy muzyka powoli cichła, Will oddalał się od spokoju i błogości. Gdy utwór nieubłaganie dobiegł końca ostatnim cichym akordem, który brzmiał jak najcichszy i najczulszy z wszystkich szeptów, chłopak otworzył oczy. Jego serce było tak wolne jak nigdy wcześniej.
   Znowu William usłyszał dźwięk otwieranych drzwi i cień nowego przybysza. Will ujrzał wysokiego, dobrze zbudowanego siedemnasto- może osiemnastolatka. Od razu spojrzenie jego złotych roziskrzonych oczu przeniosło się na Clarisę dalej szperającej między półkami. Will zauważył, że dziewczyna wie, że ktoś wszedł i że doskonale wie kim jest nowo przybyły. Złote włosy chłopaka opadły mu na oczy, gdy na nią spojrzał, a cera rozbłysła złotem gdy na jego twarz padło światło lamp. Chłopak był niepokojąco podobny do…
- Will on wygląda zupełnie jak ty – wyszeptała Cecily. Spojrzeli na Magnusa pytająco.
- Zaraz wszystkiego się dowiecie – zapewnił ich czarownik i przeniósł swoje spojrzenie na złotowłosego i rudowłosą.
- Clary – Will usłyszał jak złotowłosy woła dziewczynę stojącą na galerii. Ta drgnęła i spojrzała w dół. Na ich twarzach pojawiły się takie same wyrazy oczarowania i miłości na twarzach. Jej imię w jego ustach brzmiało jak najpiękniejszy wyraz na świecie.
- Magnusie, czy oni są…?
- Cii. – skarciły go równocześnie wszystkie jego przyjaciółki.
   Z cichym westchnieniem chłopak przeniósł swoje spojrzenie z towarzyszy na scenę rozgrywającą się przed jego oczami.  
 
I jak wam się podoba? W kolejnym fragmencie(tak myślę) wszyscy bohaterowie nareszcie zaczną ze sobą rozmawiać.   

    

wtorek, 19 sierpnia 2014

"Dary Anioła" na kwiecistych kartach tarota

Może już dużo osób z Was widziało jedno z dzieł Cassandry Jean, czyli bohaterowie z serii autorstwa Cassandry Clare przedstawieni na kartach tarota, posiadających kwiatowe motywy. Przedstawiam Wam tutaj bohaterów "Darów Anioła".


























sobota, 9 sierpnia 2014

"1878 i 2008" - kolejne opowiadanie

    Gdy byłam na wczasach naszła mnie chęć, aby opisać spotkanie bohaterów "Diabelskich Maszyn" i "Darów Anioła". Więc zaczęłam pisać, a gdy wróciłam, czyli niedawno poprawiłam fragment i dodałam nowe wątki. Daję Wam tutaj do przeczytania właśnie ten poprawiony fragment, mając nadzieję, że przypadnie Wam on do gustu.


     Londyn 1878 rok
 
 
     Jak zawsze o tej porze wszyscy, za wyjątkiem Henry’ ego, który pracował w swojej krypcie, znajdowali się w jadalni, spożywając w spokoju śniadanie. Charlotte siedziała na środku stołu, po jej lewej Will, zaś po jego lewej siedziała Tessa. Ubrana była w jedną z sukien uszytych ze ślubnej wyprawki Charlotte – w kremowe i szare poziome paski, dzięki którym oczy dziewczyny przybierały barwę czystego nieba, przeświecającego czasami przez gęste londyńskie chmury. Była to ta sama suknia, którą Tessa miała na sobie, gdy rozmawiała z Willem w bawialni.
     Nagle przed oczami chłopaka rozbłysło białe, oślepiające światło, a kiedy powoli zgasło po jak się wydawało chłopakowi niekończącej się wieczności, przed swoimi zamkniętymi powiekami ujrzał bawialnię – tak wyraźnie jakby naprawdę się w niej znajdował. Ujrzał żywe kolory pokrywające obicia foteli, ciepły ogień w kominku, buchające co jakiś czas polana, długie zasłony przysłaniające widok na ulice, polne i zimowe pejzaże namalowane na płótnach, wiszących na ścianach, siebie samego, bladego jak sama śmierć z granatowymi plamami pod oczami, siedzącego głęboko w wielkim fotelu z rękami ciasno splecionymi, aby nie pokazać jak bardzo drżą oraz Tessę pochylającą się nad oparciem, patrząc na niego wielkimi oczami koloru wzburzonego nieba. Mówiła słowa, które pojedynczo nie miały znaczenia, ale połączone w jedno zdanie, wymawiane przez właśnie tę dziewczynę były jak ostry nóż powoli wbijany przez ukochaną osobę z rozmysłem prosto w serce, aby zadać jeszcze większy ból.
    Will nie mógł wytrzymać napierających na niego z każdej strony bolących wspomnień. Uderzały o niego z niekończącą się siłą jak rzeka o bardzo słabą tamę, która z każdym kolejnym uderzeniem wybrzuszała się i zmieniała kształt, tracąc swoje części, a przez to tworząc malutkie szczeliny przez które wydostawała się woda, która stwarzała jeszcze większe szkody, powiększając dziury i zadając jeszcze ogromniejszy ból.
    Chłopak zgiął się wpół jakby tym samym zdołał powstrzymać swoje uczucia przed uwolnieniem na wolność. Przez jego ciało przetoczyła się ogromna fala nagiego cierpienia. Poczuł ucisk w piersi i emocje związane ze złamanym niedawno, jeszcze nie zagojonym, sercem: zrezygnowanie, cierpienie, ból, niedowierzanie, odrzucenie, niespełnienie, poczucie, że zrobiło się coś źle i było niewystarczająco dobrym, idealnym. No i oczywiście strach, że publicznie powie się coś co może dać wszystkim dowód na to, że jest się zakochanym bez pamięci w tej właśnie dziewczynie, że żywi się do niej nieodwzajemnione uczucie choć usilnie chce się udowodnić, że to nieprawda. Było to o tyle bardziej okropne, ponieważ pani jego serca miała również we władaniu serce chłopaka, który był parabatai Willa a tym samym połową jego duszy.
    Usłyszał głos Tessy i swój własny we wspomnieniu, choć wydawało się, że to wcale nie przeszłość, a teraźniejszość.
- Jem mi się oświadczył, a ja się zgodziłam.
- Kochasz go?
- Kocham.
    Znowu przed jego oczami wybuchło białe światło. Jednak chłopak dalej znajdował się w bawialni.
- Will? – zaniepokojony głos wdarł się w potok bolesnych wspomnień. Głos tak znajomy jak jego własny. Powoli otworzył oczy, odcinając się tym samym od bolesnej retrospekcji. Bez udziału woli jego ciało zwinęło się w kłębek na krześle. Czoło miał przyciśnięte do porcelanowego talerza. Will pomyślał nieprzytomnie, iż dobrze, że nic nie zjadł na śniadanie, inaczej w jego włosy wplątałyby się resztki jedzenia. Ręce miał ciasno owinięte wokół brzucha jakby chciały uchronić trzewia przed wydostaniem się z ciała chłopaka. Nogi pod stołem splotły się w wąski supeł. Całe jego ciało przechodziły co jakiś czas gwałtowne dreszcze. Oddechy Willa były krótkie i płytkie. Podniósł wzrok i rozejrzał się dookoła. Wszyscy wpatrywali się w niego z szeroko otwartymi oczami. To Jem go zawołał. Trzymał rękę na jego ramieniu, opierając łokcie na krześle Tessy, które oddzielało krzesła przyjaciół. Jem patrzył na niego z niepokojem. Jego narzeczona wpatrywała się w Willa również z niepokojem, ale też z czającym się gdzieś głęboko przerażeniem i zrozumieniem jakby wiedziała co było powodem jego cierpienia, ale nie chciała do końca w to uwierzyć.
- Will wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? – Charlotte wstała z krzesła i podeszła do chłopaka położyła mu dłonie na rękach i spojrzała prosto w jego oczy.
- Tak, oczywiście. Wszystko jest w najlepszym porządku – wydawało się, że nikt nie uwierzył w jego słowa.
- Jesteś pewien? Jeszcze nigdy nie widziałam cię w takim stanie. Ani tak smutnego, ani tak bardzo roztrzęsionego. Zupełnie jakby ktoś ci… - Charlotte urwała, zapewne bojąc się reakcji chłopaka. Mimo, że wiedziała o klątwie, zresztą tak jak reszta mieszkańców Instytutu, dalej była ostrożna kiedy mówiła o takich sprawach do Willa, bojąc, że zachowa się tak jak wcześniej. Chłopak w ogóle jej się nie dziwił.
- Złamał serce – dokończył Jem.
- To jest niedorzeczne – oświadczyła ostro Tessa. W jednej chwili wszyscy przenieśli wzrok z Willa na dziewczynę. Speszona spuściła wzrok, a po chwili powrotem go uniosła i ciągnęła dalej swą wypowiedź – Chodzi mi o to, że chyba żadna dziewczyna nie byłaby w stanie złamać serca Willowi. Jesteś za bardzo… idealny – dodała przyciszonym głosem. Tak, żeby tylko stojący obok niej Will był w stanie usłyszeć ostatni wyraz - Nie możliwe, żeby jakaś dziewczyna chciała cię zostawić dla innego. 
- Każdemu można złamać serce – powiedział Gideon.
- A wracając do ważniejszej kwestii, chciałabym zauważyć, że jednak chyba  z panem coś jest jednak nie w porządku. Wiem, że nie powinnam się wtrącać, lecz ostatnio zauważyłam, że je pan o wiele mniej niż jeszcze przed paroma tygodniami. Czy jest panicz pewien, że nie jest chory? – zapytała wychodząca z kuchni Sophie. Pokojówka popatrzyła na niego czujnie, a Will poczuł nieodpartą chęć, aby schować się w miejscu gdzie nikt go nie znajdzie. Podejrzewał, że dziewczyna wie więcej niż inni członkowie ich małej rodziny. I tego najbardziej się obawiał.
    Gideon nie spuszczał z niej wzroku odkąd weszła do jadalni. Gdy skończyła mówić, pokiwał z roztargnieniem głową i zwarli się porozumiewawczym spojrzeniem. William nie wiedział, czy Lightwood ma takie Zamo zdanie w tej sprawie jak ona, czy tez po prostu chce zyskać w jej oczach.
   Cecily podeszła do niego, swojego brata z rozszerzonymi oczami, następnie wyciągnęła ręce, objęła go i mocno przytuliła. Will poczuł zapach dzikiej róży i polnych kwiatów. Zamknął oczy i wciągnął głęboko powietrze, chłonąc ten zapach. Jego galopujące serce zaczęło powoli zwalniać, pozwalając tym samym na normalny oddech.
      Odwzajemnił uścisk. Cecily opuściła na chwilę ręce, zdziwiona. No tak, przecież przez ostatnie tygodnie nie okazywał jej wiele braterskich uczuć. Lepiej powiedzieć, że nie były na pierwszy rzut oka widoczne. Co wcale nie oznaczało, że się o nią nie troszczył. Wręcz przeciwnie. Swoim zachowaniem próbował namówić ją do powrotu do domu, a tym samym do bezpieczeństwa i komfortu. Potem znowu go przytuliła i wszytko było tak jak powinno być. Po długiej chwili jego siostrzyczka wstała
- Już ci lepiej braciszku? – zapytała z uśmiechem, ale również z niepokojem czającym się w ciemnoniebieskich oczach.
     Zanim zdążył odpowiedzieć do jadalni wpadły Henry. Dosłownie wpadł. Mocno złapał się klamki, odzyskując równowagę. Charlotte podbiegła do niego parę kroków, zatrzymując się w odległości kilku stóp. Wszyscy siedzący przy stole również wstali i podeszli do Charlotte, która wpatrywała się w swojego męża, trzymając, Will podejrzewał, że nieświadomie, rękę na swoim brzuchu.
     Henry wyglądał trochę przerażająco. Trochę jak Kalif Vathek kiedy podstępem wysłał pięćdziesiąt najpiękniejszych dziewcząt oraz pięćdziesięciu najprzystojniejszych chłopców ze swojego królestwa, aby pewien potwór mógł je pożreć. A tylko po to, żeby jego niezahamowana rządza posiadania mogła zostać zaspokojona przez największe bogactwa świata, które i tak okazały się jego największą zgubą.
      Branwell był ubrany w białą koszulę o podartych rękawach, ogniście pomarańczową kamizelkę i brązowe spodnie od kolan w dół pokryte smołą i olejem. Przez ramię miał przewieszony czarny, roboczy fartuch cały pokryty pyłem węglowym. Włosy sterczały na wszystkie strony jakby Henry wiele razy przeczesywał je rękami. Okulary były przekrzywione, lekko przybrudzone czarnymi wydzielinami maszyn. Oczy błyszczały z podekscytowania. Na jego twarzy, mimo widocznego i odczuwalnego zmęczenia, malowało się bezgraniczne szczęście.
- Mój wynalazek działa – wykrzyknął nim ktokolwiek powiedział choćby słowo.
- A do czego służy? – zapytała jego żona.
- Do podróży w czasie – oznajmił. Will usłyszał jak wszyscy wciągają powietrze. Nie wiedział co ma na to odpowiedzieć. Zresztą inni chyba też nie kwapili się, aby coś powiedzieć. 
- Co tak zaniemówiliście? – zapytał rozbawiony Henry. – Niestety jest za duży, aby go przynieść, więc aby go zobaczyć musicie pójść ze mną do mojej krypty – I nie czekając na odpowiedź wyszedł z pokoju.
      Reszta popatrzyła na siebie i bez słowa wyruszyła za podskakującym wynalazcą. Usłyszał, że Gideon namawia Sophie, aby poszła z nimi. Po chwili usłyszał, że dziewczyna się zgadza oraz szczęk zamka.
     Charlotte oświecała drogę magicznym kamieniem. Pochód zamykała Sophie. Kiedy dotarli do schodów, prowadzących do podziemi zaczęli iść jeden za drugim, mocno trzymając się poręczy. Gdy doszli do drzwi, za którymi znajdowało się laboratorium, Henry odwrócił się i zatrzymał ich.
- Poczekajcie tutaj. Wejdzie dopiero gdy was zawołam.
     Pokiwali głowami. Wszedł do krypty, zamykając za sobą dokładnie drzwi. Will nie mógł się już doczekać, by zobaczyć to nad czym Henry tak długo pracował. A do tego podróż w czasie… Chłopak nie mógł sobie wyobrazić, że mógłby zobaczyć jaki świat był i jaki się stanie. To było coś niesamowitego.
    Usłyszał głosy dochodzące z pomieszczenia przed nimi. Jeden należał do Henry’ ego. Był podekscytowany, ale również trochę zdenerwowany. Brzmiało to tak jakby mówił sam do siebie. Po kilku minutach Will usłyszał drugi głos. Wiedział tylko, że był to męski, znajomy głos. Jednak nie umiał stwierdzić do kogo należy. Teraz dwójka mężczyzn prowadziła konwersację.
     Nagle drzwi się otworzyły, a w progu pojawiła się piegowata, rozgorączkowana twarz Henry’ego.
- Możecie wejść.
    Will wymienił spojrzenia ze swoimi towarzyszami. Ci z zachętą pokiwali głowami, mówiąc mu bez słów, że to on ma wejść pierwszy. Przełknął ślinę i popchnął drzwi.

     
I co sądzicie?

czwartek, 24 lipca 2014

Przeprosiny i seria "Century"

   Po pierwsze chciałam przeprosić za to, że przez kilkanaście dni nie pisałam nic nowego i od razu za to, że przez kolejne kilkanaście dni nie będę publikować nowych postów. No wiecie - Camille też musi wyjechać gdzieś, żeby odpocząć. ;) Kiedy wrócę zajmę się nominacją do Libster Award. Dziękuję za nią z całego serca. <3
   Więc, żebyście mogli przeczytać coś nowego napiszę dla Was recenzję pewnej serii, którą skończyłam niedawno czytać.


   A więc chcę podzielić się z Wami moją opinią na temat serii "Century" napisanej przez włoskiego pisarza P.D.Baccalario.
    Opisuje ona przygody czterech poznanych przypadkowo nastolatków. Cała historia zaczyna się 29 grudnia w Rzymie. Na lotnisku stoi Fernando Melodia, trzumając w ręku kartkę, na której napisana jest nazwa jego hotelu. Czeka on na Francuzkę i jej córkę. Nagle podchodzi do niego amerykańskie małżeństwo z synem, a następnie Chińczyk - także z synem - na końcu wspomniana Francuzka z córką, oznajmiając mu, że wszyscy zarezerwowali u niego pokoje. Niestety miał tylko wolny jeden. Po wielu negocjacjach i zmianach wszystkie dzieci zamieszkały w jednym pokoju razem z córką Fernanda - Elektrą. Podczas rozmowy dowiedzieli się, że wszyscy Elektra, Mistral - Francuzka, Sheng - Chińczyk oraz Harvey - Amerykanin mają czternaście lat i urodzili się 29 lutego. Pierwsza dziwna rzecz. Druga to taka, że Elektra panuje nad prądem. Trzecia: podczas wieczornej przechadzki wpadli na starszego pana, który wręczył im, przerażony, tajemniczą teczkę. I tak zaczyna się przygoda, podczas której czworo zupełnie obcych osób zaprzyjaźnia się, poznaje i musi ocalić cały świat oraz odkryć wielką tajemnicę, która może całkowicie zmienić ich życia.
    Seria ta jest chyba mało znana. Zbierałam  się długo, aby ją przeczytać, a kiedy w końcu wypożyczyłam ją - nie pożałowałam. W każdej książce jest wiele akcji - dla mnie to ważna rzecz. Wszystkie powieści opisują przygody, które odbywały się w miastach na całej kuli ziemskiej, a są one tak realistycznie opisane, że wydaje się jakby autor był w każdym mieście. Jedyne co mam mu do zarzucenia, oraz innym pisarzom(tylko płci męskiej), to nie opisywanie scen pocałunków. Jestem taką czytelniczą, która lubi, gdy takie sceny są dokładniej opisane, czyli, np. wplątał palce jednej ręki między jej długie włosy, a drugą oplótł ją w tali, przyciągając do siebie bliżej. A w tej serii opis pocałunku wygląda tak: "Całują się." Koniec. Ja niestety nie lubię takich krótkich opisów. Zauważyłam to także w książkach Ricka Riordana i uważam, że pisarze płci męskiej powinni uczyć się od pań tego w jaki sposób powinny, przynajmniej moim zdaniem, przedstawione być sceny pocałunków. Takie krótkie wzmianki nie przeszkadzają mi tylko w powieściach z minionych epok, czyli od XIX wieku coraz dalej w przeszłość. Polecam ją wszystkim  gorąco. Pisarz ten potrafi bardzo trafnie przedstawić co myśli i czuje nastolatek, kiedy jego życie wywraca się do góry nogami, zakochuje się oraz przeżywa swój pierwszy pocałunek itd. itp.  

Oto cała seria:
1. Ognisty Pierścień
2. Kamienna Gwiazda
3. Miasto Wiatru
4. Pierwotne Źródło






środa, 23 lipca 2014

Will Herondale - Clockmaster

 

Przedstawiam tutaj kolejny film z youtube o Williamie Herondale'u. Obejrzałam go dzisiaj po raz pierwszy i stwierdziłam, że jest tak piękny i wzruszający, że muszę Wam go pokazać.

Mam do Was pytanie: Czy ktoś wie jaka muzyka została do jego stworzenia użyta? Bo ja niestety nie wiem. :(

niedziela, 6 lipca 2014

Pierwsze spotkanie Willa i Tessy - kolejne opowiadanie

Przed chwilą skończyłam pisać kolejne opowiadanie, tym razem przedstawiające pierwsze spotkanie Willa i Tessy. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Jest to najdłuższe opowiadanie jakie napisałam. :)
 
- Charlotte! – Will wbiegł zadyszany do jadalni. Przy stole byli już obecni wszyscy mieszkańcy Instytutu. Kiedy wszedł, spojrzenie każdego z nich przeniosło się z talerzy - na których znajdowały się ogromne ilości mięsa, ziemniaków i różnego rodzaju warzyw – na niego. Nawet Sophie, właśnie wchodząca z dzbankiem pełnym gorącej herbaty, zatrzymała się w pół kroku z zaciekawieniem patrząc na nowo przybyłego. Rzadko można było zobaczyć tak bardzo przejętego Willa.
- Co się stało?
- Odkryłem coś.
- Czy nie możesz poczekać aż wszyscy zjemy? Jeśli znowu będziesz próbował nam wmówić, że demoniczna ospa istnieje to…
- Nie chodzi o demoniczną ospę. A tak w ogóle to dlaczego nie chcecie mi uwierzyć, że ona istnieje?
- No i znowu się zaczyna – Charlotte oparła głowę na złączonych dłoniach.
- Will, co jest tak ważne, że nie dajesz nam zjeść?- zapytał łagodnie Jem.
- Kiedy byłem dzisiaj w Klubie Pandemonium założyłem się z jednym z często tam przebywających czarowników…
- Och naprawdę Will. Myślisz, że interesują nas twoje obfitujące w dziwne sytuacje, przygody, które nie powinny być omawiane przy takiej damie jaką jestem? – Jessamine zaszczyciła go pełnym pogardy spojrzeniem.
- Że jeśli wygram z nim w wista to powie mi gdzie mogę znaleźć Mroczne Siostry – dokończył Will, nie zważając na słowa dziewczyny.
- Domyślam się, że z nim wygrałeś.
- Tak i patrzcie co mam – chłopak pomachał im przed oczami kawałkiem pergaminu. Charlotte wzięła go i przeczytała jego zawartość.
- Whitechapel High Street?
- No to ja zostaję – oświadczyła stanowczym tonem Jessamine.
- Jessie, a dlaczego?
- Tak wysoko postawiana młoda dama jak ja nie powinna pojawiać się miejscach pokroju Whitechapel High Street. A do tego czuję zawroty głowy. Może powinnam pójść się położyć? Sophie! – zawołała, mimo że pokojówka nadal stała koło stołu z dzbankiem w dłoniach – Przyszykuj dla mnie okład na ból głowy!
- No to rozumiem, że trzeba wysłać list do Konsula, aby powiedzieć mu co odkryłeś oraz co zamierzamy zrobić – oświadczyła Charlotte.
- A kiedy wyjeżdżamy? – po raz pierwszy odezwał się Henry.
- Jeśli Konsul Wayland odpowie nam do jutrzejszego wieczora to wyjedziemy jutro wieczorem.
  Na tym skończyła się rozmowa. Wszyscy przy stole równocześnie pochylili głowy i wrócili do przerwanego posiłku. Sophie podała herbatę i szybko oddaliła się do kuchni.
- Will – odezwał się Jem – może chciałbyś usiąść i zjeść śniadanie? – w jego głosie było słychać lekki niepokój.
  Jednak chłopak nie zrobił tego o co prosił go jego parabatai. Był zbyt podekscytowany ukazującą mu się bitwą i wreszcie zakończonym śledztwem. Wybiegł z jadalni, pozostawiając resztę z identycznymi, zaskoczonymi minami.
 
***
 
     Po skończonym posiłku Charlotte udała się do bawialni, aby napisać list. Po wejściu do pokoju, skierowała swój wzrok prosto na potężne biurko, stojące pod witrażowym oknem. Otworzyła pierwszą szufladę i wyciągnęła z niej kartkę pożółkłego papieru i kałamarz wypełniony granatowym atramentem. W kaszcie znajdowało się także długie pióro. Charlotte zawsze pisała tylko tym jednym, ponieważ był jej ulubionym. Kiedy była małą dziewczynką, dostała je od swojego taty na urodziny. Były na nim wyryte inicjały C.M.F. – Charlotte Mary Fairchild.
    Zaczęła pisać:
 
Konsulu Waylandzie zwracam się …
***
 
      Po wyjściu z jadalni Will ruszył raźnym krokiem w stronę biblioteki. Zawrócił tylko raz, po to aby zabrać ze swojego pokoju własny egzemplarz „Kamienia Księżycowego” Wilkiego Collinsa.
      Mimo że Will kochał bycie Nocnym Łowcą, czasami zdarzały mu się momenty melancholii i tęsknoty za domem. Między innymi dlatego tak szybko wybiegł z jadalni i postanowił ukryć się w najdalszej i najrzadziej odwiedzanej części biblioteki. Wtedy, podczas śniadania, kiedy wszystkie oczy podniosły się na niego, poczuł się tak jakby przeniósł się w czasie. Kiedy był młodszy często przybiegał do rodziców, aby po prostu przytulić się do nich i poczuć się bezpiecznie i szczęśliwie. I gdy wbiegał do pokoju, w którym akurat byli, zawsze w ten sam sposób podnosili głowy i spoglądali mu w oczy. Właśnie takie spojrzenie ujrzał w oczach zebranych przy posiłku.
   Od razu po wejściu do biblioteki poczuł jak ukryte w głębi jego duszy napięcie powoli ulatnia się. Widok tylu książek w jednym miejscu zawsze go uspokajał. Był to całkowicie inny pokój niż sala treningowa. Tutaj dało się odpocząć, zrelaksować… Na chwilę poczuć się tak jakby z powrotem wróciło się do domu w północnej Walii. Do rodziców i sióstr. Do ciepłego ognia w kominku. Śpiewu mamy w ogródku. Dni, w których nie mówiło się o demonach i problemach w Podziemnym Świecie.
   Ukrył się za regałami pełnymi tomików, usiadł w głębokim, miękkim fotelu, o którym istnieniu prawdopodobnie wiedział tylko on. Otworzył książkę na stronie, którą ostatnio czytał i natychmiast Wilkie Collins oraz jego pisarski geniusz pochłonęły go całkowicie.
 
 
***
 
 
    Po ponad godzinie i pięciu wrzuconych do ognia, sczerniałych i spopielałych kartkach, Charlotte popatrzyła na swój skończony list.
„Miejmy nadzieję, że da nam szybko twierdzącą odpowiedź” – pomyślała z nadzieją.
    Wysłała list. Następnie zaczęła rozglądać się po pokoju, który nie zmienił się od czasów jej wczesnego dzieciństwa. Pamiętała dokładnie dzień, którym rodzice przyprowadzili ją tutaj po raz pierwszy, a ona schowała się pod biurko, nie chcąc wyjść dopóki nie przyniosą jej ukochanej zabawki. Miała wtedy jakieś cztery lata.  Przerażał ją ogrom pokoju i jego ponurość oraz całkowity brak przekonania, że jednak w tym domu ktoś mieszka. Przez lata przyzwyczajała się do ciemności panujących w korytarzach i godzinach samotności, dlatego że nie miała żadnych przyjaciół. A może to żadna inna Nocna Łowczyni nie chciała jej nazywać przyjaciółką.
    Z potoku wspomnień wyrwał ją dotyk, obejmujących ją od tyłu w tali, delikatnych dłoni. Popatrzyła w bok i zobaczyła te kochane rude włosy. Odprężyła się w ramionach swojego męża.
- Kochanie, co tutaj jeszcze robisz? Zaraz zajdzie słońce.
    Zdziwiona popatrzyła za okno. Henry miał rację. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, oblewając czerwonym, ognistym blaskiem cały Londyn, a chmury zmieniając w fioletowe obłoczki. Wschody i zachody Słońca były jej ulubionymi porami w ciągu dnia. Lubiła patrzeć jak świat, ten nieświadomy niebezpieczeństwa czyhającego na każdym progu świat, budzi się do życia. Jak ptaki zaczynają śpiewać na drzewach, kwiaty otwierają swoje listki. Przyziemni otwierają okna, zaczynają wołać jeden drugiego, a ulice Londynu zalewa powoli potok ludzkich głosów – wzburzonych i spokojnych – oraz dźwięki ich kroków.
    Całkowitym przeciwieństwem tych czynności był zachód Słońca. Wtedy ptaki chowały się w swoich gniazdach, znajdujących się głęboko w koronach drzew, kwiaty zamykały się w sobie. Ludzkie kroki cichły w barach i domach, a ich głosy uciekały z dworów do pomieszczeń. Wyglądało to tak jakby podświadomie wiedzieli, że wszystkie potworności tego świata i innych wychodzą z mroku w nocy, a oni są całkowicie wobec nich bezbronni. Jedynym zabezpieczeniem byli Nocni Łowcy, którzy chowali się w budynkach i przed wzrokiem zwykłych ludzi za dnia, a wychodzili w blasku chwały późną porą.  
- Znowu masz tę minę - powiedział roześmiany towarzysz.
- Jaką? – uniosła podbródek w górę, udając oburzenie. Henry delikatnie głaskał jej włosy. Zamknęła oczy. Kochała go całą sobą i miała nadzieję, że może on w końcu też to poczuje. W chwilach takich jak ta, kiedy byli tylko we dwoje wydawało jej się, że może on odwzajemnia jej uczucie, a potem przychodzili inni i to wrażenie pękało jak bańka mydlana.
- Taką – zaczął mocno wpatrywać się w okno, aż jego oczy zrobiły się dwukrotnie większe oraz przestał mrugać.
- Przestań – Charlotte, śmiejąc się, klepnęła go w ramię.
- Przybierasz ją tylko wtedy kiedy jesteś bardzo zamyślona. A to zdarza się stosunkowo często.
     Henry wpatrywał się w nią tak, jakby była pierwszym człowiekiem, którego widział. Jakby była najpiękniejszą kobietą na świecie.
    Charlotte przysunęła się do niego. Patrzyła tylko w jego oczy, te piękne, mądre oczy. Henry dotknął delikatnie jej karku i podniósł jej głowę wyżej. Kiedy poczuła jego wargi na swoich ustach, wciągnęła głęboko powietrze i zamknęła oczy, odcinając się tym samym od problemów związanych z prowadzeniem Instytutu.
   Wplotła palce w jego kręcone włosy, przysuwając się do niego jeszcze bliżej. Poczuła jego nieśmiałe dłonie, przesuwające się po jej ciele, obleczonym w szarą suknię. Nagle zorientowała się, że Henry nie ma na sobie marynarki, mimo że mogłaby przysiąc, że miał ją na sobie kiedy wszedł do bawialni. Teraz jej ręce spoczywały na jego kamizelce, jednak palce powoli wspinały się coraz wyżej i zaczynały bez pośpiechu odpinać jej guziki.
   Henry wplótł palce jednej ręki w jej włosy, niszcząc tym samym piękną fryzurę zrobioną rano przez Sophie. Drugą błądził po jej ciele,  łapiąc co jakiś czas materiał jej sukni.
    Charlotte nie myślała już o niczym innym oprócz jego ust na swoich i ścieżki, znajdującej się na jej ciele, którą podążały dłonie jej męża. Przyciągała go coraz bliżej, a on pchał ją w stronę biurka, przy którym kilka godzin wcześniej pisała list do Konsula. Oparła się o mebel i wygięła plecy w łuk, pragnąc jeszcze więcej dotyku dłoni Henry’ ego jeszcze więcej jego ciała tuż przy jej.
    Położyła się na blacie. Gdy tylko to zrobiła, mężczyzna odsunął się od niej. Miał czerwone policzki, które zamaskowały jego piegi. Popatrzył na nią wielkimi oczami, w których widać było pytanie. Pokiwała delikatnie głową, złapała go za kołnierz koszuli i przyciągnęła z powrotem do siebie.
   Henry osunął się na nią. Wydał z siebie głębokie jęknięcie gdy delikatnie ugryzła go w dolną wargę. Całował jej szyję, obojczyki. Ich ciała tańczyły dziki taniec, a języki nie umiały przestać wariować.  Jego ręka przesunęła się na sznurowadło jej sukni i zaczęła je rozwiązywać. Charlotte trzymała jego głowę, gdy całował ją i pomagała jego dłoniom w uwolnieniu jej z sukni.
   Po paru minutach popatrzył na nią, a ona nie czekając na pytanie, przyciągnęła go z powrotem na swoje ciało, zapominając się w nim całkowicie. W następnej chwili poczuła, że spada, a w jej ciało wlewa się gorączkowe ciepło, którego nigdy wcześniej nie czuła…
 
 
***
 
    Kiedy jedynym oświetleniem biblioteki stały się magiczne kamienie, Will podniósł oczy znad lektury. Przez wielkie witrażowe okna do pokoju wlewało się księżycowe światło, nadając mroczny klimat tonom książek. Podniósł się ostrożnie i stanął na zdrętwiałych nogach. Zaczął powoli ruszać rękami i głową, umożliwiając krwi dopłynięcie do najdalszych części jego zesztywniałego ciała. Gdy przestał czuć bolesne igiełki wbijające się w ciało, ruszył do wielkich, podwójnych drzwi, prowadzących na korytarz.
   Wyszedłszy z biblioteki, skierował swoje kroki do kuchni. Cały dzień czuł bolesne ściskanie w żołądku, jednak książka była tak ciekawa, że Will nie potrafił nawet oderwać wzroku od liter, nie mówiąc o wstaniu. Jednak gdy skończył już ją czytać, a w bibliotece było za ciemno by sięgnąć po kolejną powieść, stwierdził, że trzeba coś zjeść.
   Na kuchennym stole czekała na niego miła niespodzianka. Stał na nim talerz pełen jego ulubionych, czekoladowych ciastek i babeczek. Obok leżała karteczka, na której widniał napis: „Dzielnemu głodomorkowi o czarnych jak heban włosach i oczach jak odcień północnego nieba – Agatha.” Will schował karteczkę do kieszeni marynarki i zabrał  półmisek ze sobą. Gdy wszedł do swojego pokoju, położył się na stosie poduszek, leżących na łóżku i spojrzał na okno, a bardziej na tętniący życiem Londyn, teraz powoli cichnący i w zamyśleniu zaczął jeść prezent od kucharki.
   Kiedy wreszcie się najadł, dochodziła północ. Nie zawracając sobie głowy przebraniem się w pidżamę, zwinął się na pościeli w kłębek i po chwili znalazł się w głębokich i ciepłych objęciach Morfeusza.
    Z miłego snu o słonecznym dniu w Walii wyrwał go ogromny, gwałtowny ucisk w piersi.
JEM! MUSZĘ BIEC DO JEMA!
Takie słowa pojawiły się w jego głowie. Wyskoczył z posłania, porwał z oparcia krzesła czarny szlafrok i popędził do pokoju swojego parabatai.
    Gwałtownie otworzył drzwi. Na środku pomieszczenia, w świetle księżyca, na zimnej podłodze klęczał Jem. Co kilka sekund jego ciało przechodził potężny dreszcz. Will podbiegł do swojego przyjaciela. Na koszuli kolegi powiększała się czerwona plama. Jema chwycił kolejny atak kaszlu, a po jego szyi spłynął kolejny strumyczek życiodajnego płynu. Will doskoczył do stolika nocnego, na którym znajdowała się szkatułka z wizerunkiem chińskiej bogini i wyciągnął z niej małą garść srebrnego proszku. Obok pudełeczka stał porcelanowy dzbanek i kubek. Will nalał do niego wody, wsypał proszek, a wszystko wymieszał małą łyżeczką. Szybko podał ją parabatai, a ten wypił zawartość kubeczka.
   Will pomógł Jemowi wstać na nogi i zaprowadził go do łóżka.
- Co się stało Jem? – zapytał zaniepokojony, siadając w fotelu.
- Nic. Po prostu grałem, gdy nagle poczułem ogromny smutek. No wiesz, rodzice i tym podobne sprawy.
- Rozumiem – Will ze zrozumieniem pokiwał głową.
- Nagle poczułem zawroty głowy i serce zaczęło szybciej bić.
- No to już wiemy co nam twój organizm chciał powiedzieć.
- Co? Bo ja nie wiem.
- Nie idziesz jutro do Whitechapel – oświadczył stanowczo Will
- Właśnie, że idę.
- Nie idziesz. Ten jeden raz Jem. Sophie przecież będzie. Charlotte pewnie też zostanie.
- No dobrze. Ale potem masz mi wszystko dokładnie opowiedzieć. Dobrze Williamie?
- Oczywiście Jamesie. A teraz spróbuj zasnąć.
- Ty też – Jem uśmiechnął się sennie. Jego oczy coraz bardziej się zamykały aż wreszcie Will poczuł, że oddech jego przyjaciela zwalnia i staje się równomierny. Wstał jak najciszej potrafił i wyszedł na palcach z pokoju. Uspokojony wszedł do swojego łóżka. Jednak nie umiał zasnąć. W głębi duszy czuł - choć nie potrafił tego wytłumaczyć – że następnego dnia całe jego życie wywróci się do góry nogami.
 
 
    Następnego dnia Will wstał zadziwiająco wyspany, mimo że zasnął dopiero o świcie. Przebrał się w czyste ubranie i powłóczystym krokiem zszedł na śniadanie. Opadł na krzesło i czekał aż zjawi się reszta domowników.
    Charlotte przyszła razem z Henrym, wyjątkowo w dobrym humorze. Następnie weszła jak zwykle naburmuszona Jessamine. Na końcu wszedł Jem. Był bardzo blady, a pod jego oczami widniały fioletowe plamy.
    Po chwili na stole pojawiły się półmiski pełne różnorodnych przysmaków. Każdy z obecnych mógł wybrać sobie to na co w danej chwili miał ochotę. Po chwili wszyscy zaczęli w ciszy spożywać śniadanie.
   Gdy na stole pojawiły się ciasta i ciasteczka, do jadalni weszła Sophie z listem w ręku.
- Pani Branwell, przed chwilą przyszedł do pani list.
 Charlotte wzięła do ręki pismo i przeczytała je.
- Mamy pozwolenie Konsula na interwencję. Teraz pytanie: kto jedzie do rezydencji Mrocznych Sióstr?
- Ja dodam od siebie, że jest to burdel – powiedział spokojnie Will.
- Ja nie jadę! – wykrzyknęła Jessamine.
- Ależ mi niespodzianka – mruknął cicho Will.
- Jem myślę, że ty też nie powinieneś jechać – stwierdziła ostrożnie Charlotte – Widzę, że chyba nie jesteś dzisiaj w najlepszej formie.   
- Może masz rację – odparł spokojnie chłopak – Will i tak na pewno opowie mi wszystko aż za bardzo dokładnie – uśmiechnął się.
 
***
    
   Reszta dnia minęła w niecierpliwym oczekiwaniu wieczora. Jem cały dzień grał na skrzypcach i pomagał reszcie przygotować się do wyjazdu. Po rozmowie z Henrym Charlotte stwierdziła, że także zostanie i dotrzyma Jemowi towarzystwa. Jessamine schowała się w swoim pokoju, nie wpuszczając nikogo wymawiając się od pomocy bólem głowy.
   Will zastanawiał się razem z Henrym i Thomasem, który także miał jechać, jaką broń najlepiej wziąć.
    Nikt nie zjadł obiadu i kolacji. Thomas i Will oporządzali konie, a Henry jak zwykle ukrywał się w swojej krypcie.
    Wreszcie, gdy słońce zaszło przed Instytut wyszli wszyscy jego mieszkańcy, za wyjątkiem Jessamine. Powiedziała, że nie ma siły wstać z łóżka. Jednak Will widział jej twarz obleczoną jasnymi lokami w oknie jej pokoju. Charlotte ucałowała męża, gdy ten wsiadał do powozu. Sophie i Agatha trzymały się trochę na uboczu, wpatrując się w odjeżdżających. Jem przytulił bratersko Willa szepcząc mu do ucha, aby nie wrócił cały połamany i umazany krwią, ponieważ będzie musiał sam sprzątać i klepnął go przyjacielsko w ramię. Thomas ukłonił się damom, a następnie podszedł do Sophie i ucałował ją w dłoń zakrytą rękawiczką.  „Ciekawe czy Sophie wie albo domyśla się, że Thomas jest w niej zakochany.” – pomyślał Will, wszedłszy do powozu.
- A więc Henry – zaczął – czeka nas dzisiaj męska wyprawa.
- Rzeczywiście. Jak myślisz co znajdziemy w domu Mrocznych Sióstr?
- Nie wiem. Ale czuję, że nie pożałujemy naszej wyprawy.
- A ja czuję, że długo jej nie zapomnimy.
   Pozostała część jazdy minęła w ciszy. Will wiedział o czym myśli jego towarzysz. Co znajdą w środku. Czy będzie tam niebezpiecznie. Czy Podziemnym Światem zawładnie wojna. To były tylko niektóre z miliardów pytań, kłębiących się w głowie młodzieńca.
    Nie wiedział ile czasu minęło od wyjazdu z Instytutu do momentu, w którym konie gwałtownie zatrzymały się,  chłopak wyskoczył z powozu, a po chwili mojego prawej i lewej pojawili się Thomas i Henry. Ich oczom ukazał się dziwny i niespotykany widok. Naprzeciwko nich stał olbrzymi dom. Bardzo brudny i zaniedbany dom. Okna były zaryglowane, a kotary zasunięte tak, aby nie przepuszczały ani jednej odrobiny światła dziennego.
- To co, wchodzimy?
- Chyba tak – odpowiedział trochę niepewnie Henry. Cała trójka trzymała już w rękach serafickie noże i magiczne kamienie.
   Will podszedł pierwszy, a gdy nie zdziwiony, zorientował się, że drzwi są zamknięte, wyciągnął stelę i narysował na niej znak otwarcia. Wrota otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Ich oczom ukazał się prostokąt ciemności. Gdy znaleźli się w głównym holu wiedzieli jedną rzecz.  W budynku znajdowało się tyle pokoi, że gdyby przeszukiwali je razem zajęłoby im to strasznie dużo czasu.
- Trzeba się rozdzielić – Thomas powiedział na głos to o czym myśleli.
- Thomas ty zostań ta tej kondygnacji, Will ty idź na pierwsze piętro, a ja sprawdzę podziemia – zadecydował Henry. I nie czekając na odpowiedź poszedł odważnym krokiem w stronę schodów prowadzących w ciemność. Thomas i Will popatrzyli na siebie w niemym zdumieniu, a następnie każde z nich poszło w różnych kierunkach.
   Stopnie, prowadzące na pierwsze piętro były ciemne, pokryte kurzem. Dlatego też odbiły się na nich ślady stóp. Przez długi okres czasu dwie osoby schodziły i wchodziły schodami. Najświeższe ślady przedstawiały trzy pary stóp wchodzących na pierwsze piętro. Jedna z osób szarpała się, widać to było w nierównomierności kroków. Will wszedł szybciej. „Na burdel mi to nie wygląda.” – pomyślał „Moim zdaniem jest tutaj za obskurnie.”
    Większość pokojów była pusta, nie używana. Jeden pokój zrobił na Willu wrażenie. Był cały biały. Na środku stało wielkie łoże. Wielkie białe zasłony były udrapowane wokół niego. Chłopak podszedł do garderoby. Wisiał tam tylko jeden strój. Suknia ślubna. Dla Przyziemnej. „Ciekawe. Skąd w burdelu Podziemnych znalazła się suknia ślubna dla przyziemnej damy?” – zastanawiał się Will, wyszedłszy z dziwnego pokoju.
    Znowu ujrzał odciski stóp na posadce. Poszedł za ich śladem. Doszedł do drzwi znajdujących się na końcu długiego korytarza. Sięgnął do gałki. Była zardzewiała i przydałoby się, aby ktoś ją naoliwił. Kiedy wreszcie  je otworzył usłyszał cichy okrzyk. Ujrzał biały kształt lecący w jego stronę. Uskoczył w bok jednak poczuł coś ciężkiego, uderzającego w jego wyciągniętą dłoń. Przeklnął. I to nie raz, ale wiele razy. Zdrową ręką sięgnął do kieszeni stroju bojowego i wyciągnął z niego magiczny kamień. Pokój oblało jasne świtało. Obrócił się, słysząc kroki. Kiedy zorientował się co, a raczej kogo ma przed oczami bardzo się zdziwił. Spodziewał się zobaczenia wielu rzeczy, ale nie… dziewczyny.
    Przed nim stała wysoka, szczupła dama. Miała poważną twarz, a jej oczy były rozszerzone ze zdziwienia. Była ubrana w niemodną, czarną suknię, odsłaniającą czubki butów. W rękach ściskała resztki dzbanka.
   Miała bardzo ładną twarz. Podbródek ostro zakończony. Delikatny nosek. Oczy były duże i szare jak morze w czasie sztormu. Długie rzęsy rzucały cień na wystające kości policzkowe.
   Widząc jej zdziwienie chłopak zaczął konwersację. Zorientował się, że dziewczyna nie jest świadoma tego, że znajduje się w burdelu, jest Amerykanką, jest bezpośrednia i… bardzo go intryguje. Ucieszyła go także wiadomość, że jest obeznana z literaturą. Uwielbiał dziewczyny, które znały się na poezji. Nazywała się Theresa Gray. Ładnie. Nazwisko pasowało do koloru oczu. Miły zbieg okoliczności.
   Była zagubiona. Z rozmowy wywnioskował także, że martwi się o swojego brata i  miała nadzieję, że szybko go zobaczy.
   Panna Gray miała w zwyczaju go poprawiać. Miała wtedy bardzo zabawną minę. Jej oczy jaśniały, a prawy kącik ust podnosił się nieznacznie do góry. Próbował powstrzymać się od ciągłego zerkania w jej stronę. Niestety nie potrafił się do tego zmusić. Ta tajemnicza dziewczyna intrygowała go bardziej niż ktokolwiek, cokolwiek od początku jego istnienia.
   Pobiegł, trzymając ją za rękę, do piwnicy mając nadzieję, że niedaleko znajdzie Henry’ego, który pomógłby mu z Theresą.
    Gdy dama zawołała go, przerażonym głosem, poczuł, że musi ją obronić przed niebezpieczeństwem, czyhającym na nią z każdej strony. W tym momencie zorientował się, że uczucie, które towarzyszyło mu przez cały poprzedni dzień dotyczyło jego spotkania z tą dziewczyną. To ona miała dokonać przewrotu w jego życiu. Tylko nie wiedział jeszcze jakiego rodzaju zmiany miała wprowadzić w jego zwykłej egzystencji.
    Kiedy w drzwiach pomieszczenia, w którym znajdowali się Will i Tessa pojawiły się mroczne Siostry, podchodząc do dziewczyny z wyrazem mordu w oczach, chłopak zeskoczył ze stołu, na którym akurat stał i pojawił się między nimi a panną Gray.
    W trakcie ich krótkiej rozmowy chłopak zorientował się, że jego towarzyszka ma przed nim wiele sekretów i na pewno nie jest zwykłą Przyziemną. Możliwe, że nawet pochodziła ze Świata Cieni.
     Potem nastąpił wybuch, a cała ściana legła w gruzach. W momencie, w którym Will usłyszał wybuch tak potężny jak grzmot, mógł myśleć tylko o tym, aby Tessie nie stała się krzywda, więc szybko złapał ją, przyciągnął do siebie i nakrył własnym ciałem, chroniąc tym samym przed śmiercionośnymi szczątkami gruzu. Czuł przyśpieszone bicie jej serca tuż przy swoim. Jej szybki i ciepły oddech na swojej nagiej skórze. Obróciła się w jego ramionach prawdopodobnie po to, aby zobaczyć co się dzieje. Tym samym jego dłonie spoczęły na jej plecach i w wilgotnych włosach. Były bardzo miękkie i jakoś nie pasowały Willowi do charakteru swojej nowej koleżanki. Ona była twarda i, mimo że czuła strach, była bardzo dzielna.
     Następnie rozbłysło światło serafickich noży. Will błyskawicznie odepchnął Tessę od siebie i rzucił nożem w jedną z atakujących kobiet. Chłopak spojrzał na Tessę. W jej oczach było widać przerażenie i zaintrygowanie jakby nie do końca mogła uwierzyć w to co dzieje się dookoła niej. Po chwili podeszli do niego Henry i Thomas.
- Henry czy mógłbyś odprowadzić tamtą damę w chociaż odrobinę bezpieczniejsze miejsce? – zapytał Will, wskazując palcem na pannę Gray, która oderwała się od ściany i próbowała dojść do otwartych drzwi.
- Oczywiście – odparł zapytany i ruszył w kierunku dziewczyny.
- Chodź Thomas pobawimy się z tą panią w berka – uśmiechnął się chytrze.
Thomas przewrócił oczami i ruszył za Herondalem.
   Ich ofiara szukała wzrokiem swojej towarzyszki, a dokładniej jej ciała, próbując dojrzeć coś w gęstej mgle. Will podkradł się do niej od tyłu i dał znak swojemu koledze, aby ją złapał. Po chwili kobieta wiła się w potężnych ramionach chłopaka. Nagle Herondale usłyszał krzyk Henry’ go. Nie mógł ukryć rozbawienia, gdy dowiedział się, że jego podopieczna ugryzła jego druha.
   Nagle z pomiędzy oparów wydostała się postać pierwszej „zabitej”. Ruszyła z obnażonymi zębami na Willa. Uskoczył jej z drogi, jednak Henry nie miał tyle szczęścia. Wczepiła się w niego jak kleszcz, aż towarzysz krzyknął z bólu. Zobaczył tylko kątem oka, że panna Gray prawie przytula się do ściany, gdy jednym precyzyjnym ruchem uciął kobiecie głowę, która potoczyła się po podłodze.
   W tym momencie usłyszeli krzyk pełen cierpienia. Wydała go z siebie druga pani. Will na chwilę znieruchomiał, uświadomiwszy sobie, że mogły to być siostry, a właśnie jedną z nich, na oczach drugiej pozbawił życia. Jednak gdy uwolniła się z pomiędzy ramion Thomasa i ruszyła na Grayównę, rzucając w jej stronę coś co wyglądało na niebieski piorun, to uczucie prysło tak szybko jakby nigdy wcześniej się nie pojawiło. Bez udziału woli wyskoczył przed ratowaną z wyciągniętym mieczem. Błyskawica odbiła się od klingi i uderzyła w jedną z pozostałych ścian, przez chwilę rozjarzając ją wszystkimi kolorami jakie istniały na świecie.
    Bojąc się o Theresę po raz drugi kazał Henry’emu ją wyprowadzić, mając nadzieję, że tym razem się uda. Kobieta znowu zaatakowała, tym razem atakując pannę Gray zieloną błyskawicą. Will odparł atak. Piorun rozprysł się na setki małych promieni, lecąc w każdą stronę. Po chwili usłyszał ostrzegawczy krzyk Henry’ego skierowany do swojej podopiecznej, jej krzyk, a następnie głuche uderzenie o ścianę. Odwrócił się w momencie, gdy jego towarzyszka zaczęła przewracać się. Will złapał ją w ostatniej chwili, chroniąc przed upadkiem.
    Wziął dziewczynę na ręce. Atakująca zniknęła.
- Chyba powinniśmy wracać do Instytutu – powiedział Thomas, patrząc na skutki bitwy.
- A co zrobimy z tą dziewczyną? – spytał Henry.
- Panną Gray – dodał machinalnie Will. Całą uwagę skupił na niewiaście, którą trzymał w objęciach. Na jej płytkim oddechu i włosach okalających twarz.
- Może zanieśmy ją do Instytutu, a tam zadecydujemy co z nią będzie. Musi coś znaczyć dla Podziemnego Świata. Widać było, że Mroczne Siostry nie chciały jej wypuścić.
- Dobrze.
   Wyszli ramię w ramię z jeszcze bardziej zniszczonego budynku. Konie stały dokładnie w tym miejscu, w którym je zostawili. Delikatnie grzebały kopytami w ziemi. Thomas siadł na miejscu woźnicy. Henry wszedł do powozu, Will naprzeciwko niego i ułożył sobie nieprzytomną na kolanach.          
   Wpatrywał się w jej twarz. Poczuł na sobie czyjś wzrok. Podniósł głowę i zobaczył, że Henry wpatruje się niego i delikatnie uśmiecha, zerkając zalotnie na Tessę. Will wiedział o co mu chodzi, ale nawet przed sobą nie chciał przyznać, że zaczęło mu zależeć na Tessie. „Pannie Theresie Gray” – poprawił się w myślach.  Jednak czuł jakby znał ją bardzo długo, a nie godzinę. Delikatnie zaczął odgarniać jej włosy z twarzy, wpatrując się w jej zamknięte oczy.
   „Chyba naprawdę moje życie się zmieni” – myślał. Czuł jednak, że jego życie już się zmieniło, ale to wcale nie miał być koniec metamorfoz.  Najważniejsze czekały jeszcze w dalekiej przyszłości.